Opuszczone budynki, imprezy, gry i wiele innych...
  • Relacja z I wypadu do Czarnobyla
  • Relacja z II wypadu do Czarnobyla.
jtemplate.ru - free Joomla templates

Czarnobyl Tour poraz kolejny, czyli Ukraina, Kijów, Prypeć, Czarnobyl


Doczekałem się upragnionych wakacji. To nic, że we wrześniu, a nie w środku sierpnia. Nie przeszkadzało mi to, że będę musiał na nie dojechać i wrócić pociągiem w drugiej klasie. Nie było to dla mnie żadnym problemem – zamiast luksusowych drinków popijać piwko z plastikowych butelek. Tak się prezentuje wyjazd nie na tropikalne wyspy, a na Ukrainę.

Na wyprawę Czarnobyl Tour zdecydowałem się z wielu względów. Najważniejszym z nich było to, że już raz byłem na wyprawie z tym biurem i miałem z niej bardzo pozytywne wspomnienia. Na forach związanych z Industrialem i Urban Exploration, bardzo ostro krytykuje się zorganizowane wyjazdy do zony. Największym argumentem przeciwko takim wyjazdom podaje się to, że ludzie wchodzą w kadr, gania się ich za przewodnikiem jak bydło i pozostaje mało czasu na zwiedzanie. To wszystko są fakty, ale później w tekście zacznę ujawniać mity na ten temat. W końcu czego można się spodziewać za ok. 700 złotych. Chociaż można spodziewać się pomimo tego bardzo dużo. Ma się zapewniony transport, hotel i częściowe wyżywienie. Ogólnie nie jest tak strasznie, jak piszą na klimatycznych forach. Byłem dwa razy z firmą Bis-pol na takiej wyprawie i nie narzekam.

A teraz zacznę opowiadać o tym, jak przeżyłem ową wyprawę. Rano pobudka. Dzięki uprzejmości ojca dotarłem na przystanek PKP w Łaskarzewie. Czekając na pociąg wypiłem jedno piwko. Drugie piwko wypiłem na Dworcu Wschodnim w Warszawie. Tam kupiłem sobie bilet na dalszą podróż. Na nim podziwiałem też przepiękny wschód słońca i remontowe zamieszanie na dworcu. Wystarczyło dopić Dębowe Mocne, aby pociąg podjechał na peron i to jeszcze nie na ten, na który był zapowiadany. Wsiadłem do pustego przedziału podziwiając przez okno ostatnie resztki dzisiejszego poranka, gdy do przedziału wszedł uprzejmy pan z warszawskiej Pragi cieszący się od kilku miesięcy emeryturą. Była okazja do przegadania większości drogi. Czytaliśmy też dwie gazetki i podróż minęła w mgnieniu oka. Dworzec Główny w Krakowie też przechodził remont generalny, a dokładniej tunel Magda był obiektem przeznaczonym do kompletnej renowacji. Zobaczymy, czy nasze dworce będą świecić splendorem do tego wyczekiwanego roku 2012. Ja trzymam kciuki i mam nadzieję, że nie przyniesiemy wstydu turystom odwiedzających Polskę podczas Euro. No dobrze, jestem w Krakowie, obowiązkowo muszę wstąpić na Wawel, ale przed tym udaję się do Loch Ness na małe lane piwko. Dwa lata temu przed tą knajpą stał pustostan. Jednak do mojej dzisiejszej wizyty nie doczekał. Na Wawel udałem się pieszo zwiedzając najbardziej znane zabytki. Niestety długo nie nacieszyłem się zwiedzaniem Wawelu, bo koledzy z forum poinformowali mnie, że będą niedługo w barze. Pieszo wróciłem do knajpy Loch Ness. Tam ich jeszcze nie było, więc wypiłem piwko. Uznałem, że dobrze będzie, gdy udam się na PKP po swój bagaż, w którym miałem schowaną ładowarkę. Bateria w nowym telefonie nie wytrzymała dłużej niż ¾ dnia. Niepotrzebnie zachciało mi się smartfona. Gdy dotarłem do knajpki dwóch kolegów, którzy udzielali się na forum, siedziało za stołem pijąc napój chłodzący. Niedługo po tym doszedł towarzysz, który był ze mną na Czarnobyl Tour czerwiec 2009. Chwilę posiedzieliśmy za stołami i wyruszyliśmy na dworzec PKS. Na dworcu w oczy rzucił nam się od razu firmowy autokar bispolu. Dostrzegliśmy też organizatora wycieczek Mateusza, który jechał w czerwcu 2009 z nami do Czarnobyla. Rozpoznał mnie i kolegę bez problemu. Mój pomarańczowy kocyk, również został przez niego rozpoznany. Doskonale pamiętała go również pilotka Ula -  siedziałem  w nim na ostrym kacu przed hotelem dwa lata temu. Kocyk w tamtym czasie przysporzył mi też kłótnię z cieciem w zonie. Ale wróćmy do teraźniejszości. Kocyk w tym wyjeździe nie wyróżnił się niczym szczególnym, no może poza kilkukrotnym wspomnieniem go przez pilotkę Ule. Zajęliśmy swe miejsca w autokarze i ruszyliśmy w stronę granicy. Pilotki powitały wszystkich uczestników i przedstawiły program wycieczki. Do granicy czas „płynął” miło. Na granicy sprawdzono nasze paszporty i mieliśmy okazję wymienić swoją ojczystą walutę na hrywny, w skrócie UAH. Przejazd przez granicę bezproblemowy. W nocy można było się wyspać, choć i przed granicą sen też mnie dopadł, uciąłem sobie drzemkę. Poranek zza szyby autokaru wyglądał następująco: lasy i pola umykające w horyzoncie, chaty i obórki okryte eternitem, czasem jakaś cerkiew i cmentarzyk. Czasem mi szkoda, że tu jest tak biednie. Ciężko patrzeć na pola, które leżą nieuprawiane. Wieś na Ukrainie tak samo wyglądała dokładnie dwa lata temu. Jedyne co się zmieniło tu od mojego pobytu, to asfalt. Wtedy całą drogę trzęsło, gdy się jechało, teraz przynajmniej z początku jechało się bardzo przyjemnie. Co jeszcze ciekawego można było zobaczyć przy drogach jadąc w stronę Kijowa? Nie, to nie były prostytutki. Można zobaczyć małe dzikie straganiki z miotłami z brzozy i całymi paletami arbuzów, niestety zainteresowanie było przy nich małe. Na pierwszej stacji zatrzymaliśmy się nocą, by skorzystać z toalety. Rankiem zjedliśmy śniadanie, które było miłą niespodzianką ze strony firmy, bo w planie go nie było. Po pysznym śniadanku była okazja, by rozejrzeć się za ukraińskim piwkiem na drogę. W nocy kupiliśmy sobie dwulitrowe Rochany, teraz smakowaliśmy w litrowych Obołoniach. Przed stacją paliw dało się zauważyć, że jesteśmy już na Ukrainie po większości samochodów, jakie można było dostrzec. Ironicznie mówiąc 50% wszystkich samochodów, w kraju naszych wschodnich sąsiadów, pamięta zapewne jeszcze czasy przyjaźni polsko-radzieckiej. Ale nie zapętlając, powiem, że Ład i innych radzieckich gratów jest tam od groma: starych,

nowych,

zardzewiałych,

po tuningu

i takich, które potrafią pływać. Zdjęcia niestety brak. Nie ukrywam, że czasu spędzonego z kolegą na tylnym siedzeniu, nie uważam za stracony, gdyż była okazja pogadać i degustować ukraińskie specjały. Szkoda, że tak mało osób przed wyjazdem odwiedziło forum, by bardziej się zgrać. Kijów przywitał nas znakomitą pogodą. Pilotki oczywiście też dawały o sobie znać, opowiadając historię Kijowa. Pierwszym punktem, który zwiedziliśmy w tym mieście było ogromne Muzeum Wojny Ojczyźnianej. Idąc alejką, z głośników dało się słyszeć radzieckie marsze, które towarzyszyły młodzieńcom idącym w bój. Przechodziliśmy też przez tunel z ogromnymi posągami, które przedstawiały zwykłych ludzi chwytających za broń, by walczyć za swój kraj. Powiedziano nam, aby uszanować to miejsce, ponieważ Ukraińcy darzą je szczególną czcią. Z bardzo daleka widać już było posąg matki wolności, teraz gdy podeszliśmy do niego bliżej, dało się dostrzec więcej szczegółów. Matka wolności dzierży w swych dłoniach miecz i tarczę, na niej widnieje godło Związku Radzieckiego.

Te przedmioty Matka trzyma skierowane w górę, by w razie potrzeby bronić swój kraj. Pod Matką ojczyną znajduje się muzeum Wojny ojczyźnianej. Bilet wstępu do niego kosztuje 10 UAH, z tym że jeśli w muzeum zamierza się robić zdjęcia, należy kupić jeszcze jeden bilet za 15 UAH. Teraz żałuję, że nie kupiłem sobie dodatkowego listka. Zrobiłem parę zdjęć z przyczajki, obawiając się, że złapie mnie kamera. Kamerą nazwaliśmy panie, które siedziały po kątach, obserwujące, czy nikt nie robi zdjęć. Ekspozycja muzeum, to głównie eksponaty z II Wojny Światowej. W pierwszym pomieszczeniu oglądaliśmy fotografie, które poruszały serce w zależności od treści. Na jednych była radość i uśmiech żołnierzy, na innych znowu śmierć smutek i ból. Melodia, która dochodziła z głośników nie pozwalała zapomnieć, w jak ważnym miejscu się znajdujemy.

Po wyjściu z muzeum znalazłem z kolegą ustronne miejsce, by móc dopić nieco już zwietrzałe piwo. Opuszczając terem muzeum Wojny ojczyźnianej, przeszliśmy jeszcze raz przez tunel z posągami, wzrok swój kierując jeszcze raz na Matkę wolności.

Tyle krzyku i szumu w mediach na temat Statuy Wolości, Jezusa ze Świebodzina, ale o tym znaczącym dla Ukraińców pomniku było mi dane, pierwszy raz słyszeć. Zostało jeszcze trochę czasu, bo nie zdążyliśmy na spotkanie z grupą, by wyruszyć zwiedzać miasto. Nic wielkiego się nie stało, była okazja odwiedzić miejscowe stragany i kupić suwenirki. Na pierwszym lepszym straganie próbowaliśmy dobić targu, kupując matrioszki. Ale cena babek w babie przeraziła nas, za dość nieduże, wielkości ¾ dłoni, sprzedawca życzył sobie 300 UAH. Cena była kosmiczna, więc babek w babie kupować nie zamierzaliśmy. Koszulki z propagandowym nadrukiem, cena 70 UAH. Co sobie kupiłem? Czapkę uszankę i czerwoną gwiazdkę z sierpem i młotem. Czapka warta 150 UAH, a gwiazdka 30 UAH. Zauważyłem, że tu na Ukrainie relikty byłego ZSRR, są źródłem  dochodowego biznesu. Jeszcze rozwinę wątek związany z komunistycznymi gadżetami, bo stragan, na jaki natknąłem się kilka godzin później obowiązkowo zmusił mnie do poważnej refleksji, związanej z czerwonymi zabawkami. Gdy miałem już swoją czapę z orzełkiem rosyjskim, postanowiłem go zdjąć. Na jego miejsce wmontowałem gwiazdkę. Po chwili dołączyły do nas dwie osoby, które siedziały przed nami w autobusie. Razem wypiliśmy lane piwko i posililiśmy się kiełbaską. Czekaliśmy pod cieniem parasola, obserwując nasz autobus i oczekując na moment, kiedy grupa wróci z wycieczki. Owa biesiada zakończyła się, gdy grupa przybyła.

Przewieziono nas następnie by zwiedzić muzeum czarnobylskie. Byłem już tam z kolegą podczas ostatniej wyprawy, więc zrezygnowaliśmy ze zwiedzania. Na to konto udaliśmy się na obiad do „Puzatej Haty”. Knajpka fajna, smaczne jedzenie i co najważniejsze, TANIO!!!

sposób, w jaki się tam stołuje, wygląda następująco. Bierze się pustą tackę i ustawia się w gigantycznej kolejce. Kolejka bardzo szybko i sprawnie idzie do przodu. Przed sobą mamy bardzo duży wybór smakołyków, sami wybieramy to, co zamierzamy skonsumować, zaczynając od sałatki, następnie wybierając zupkę, następnie danie główne. Do picia wybieramy sobie jakiś soczek lub piwko oczywiście. Na samym końcu tej kolejki, ale jeszcze przed kasą był stolik, przy którym można było sobie wybrać jeszcze jakiś specjał.Gdy wcześniej pytałem pań, które podawały jedzenie, o pielmienie, wskazywały mi na ten właśnie stolik. Byłem rozczarowany tym, że pielmieni dziś w Menu nie było. Uwierzcie, że całą drogę marudziłem, że jadę specjalnie po to, by posmakować pielmieni. Nie udało się, ale myślę, że w tym roku posmakuję je w tajemniczym warszawskim barze o nazwie „Setka”. Ale wróćmy do mojego samodzielnie skomponowanego papu. 40,50 UAH zapłaciłem za: zupę solankę, szaszłyka, kufel piwa i szklankę soku pomarańczowego.

Po posiłku obowiązkowo musiałem wpaść do toalety. Nie dla tego, że nagliła mnie pilna potrzeba fizjologiczna, ale po to, aby zobaczyć bardzo dziwną toaletę. „Kibel” nie okazał się bardzo wygodnym tronem, ale ceramiczną miską, wbudowaną w posadzkę. Aby z niego skorzystać, należało kucnąć. PiS-uary były bez klimatycznych atrakcji. Wychodząc z kibla spotkała nas nieciekawa prywatna sytuacja, z której mogły wyniknąć poważne kłopoty. Nie chcę o tym publicznie pisać, ale teraz, gdy tylko sobie o tej sytuacji przypomnę, na mych ustach pojawia się uśmiech. Przy okazji zdążyliśmy jeszcze nieźle wkurzyć panów kierowców. Po tych dodatkowych ekscesach według naszych zegarków mieliśmy jeszcze trochę czasu na zwiedzanie. Wybraliśmy się zobaczyć , czy da się wejść do pustostanu, który upatrzyłem z piętra "Puzatej Chaty".

Wejść się nie dało, ale szliśmy pod górę fajną alejką, która nazywa się Andrijewskij Spusk. Mijaliśmy stragany z pamiątkami i starociami. Zmęczyliśmy się okrutnie, ale było warto. Zatrzymaliśmy się dopiero przy straganie, przy którym wisiała bardzo duża czerwona flaga. Cena za tę pamiątkę była równie ogromna jak flaga. Facet chciał za nią 650 UAH. To bardzo dużo, myśleliśmy, że cena jest sztucznie wystawiona, aby się można było targować, ale złotozębny pan nawet nie myślał o targowaniu się. Od niego dowiedzieliśmy się, że flaga pochodzi z radzieckiego masztu. Czy widziała ona morze? Pan Bóg raczy wiedzieć. Być może przeleżała sobie gdzieś w magazynie nie widząc pieriestrojki. Była dość stara, miała stempel, to nie podróbka, by zwabić turystów. Drugiej takiej nigdzie nie widziałem, w przeciwieństwie do mojej czapki. Uszanek na tej ulicy było pełno i to z wielką oryginalnie podrobioną gwiazdą. Wdaliśmy się z panem w rozmowę, o tym, skąd ma „oryginalny  towar”. Nie chciał powiedzieć. Z towarzyszem wdaliśmy się również w głębszą rozmowę. Okazało się, że ten Ukrainiec przyjechał kiedyś do Polski pracować. Wspominał, że rwał jabłka u gospodarza w Wiązownej blisko Warszawy. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę na temat niedawnego antyku i z ciekawości zapytałem, czy znajdzie się ktoś na ten okaz. Odpowiedział, że czeka tylko na lekko podciętych Amerykanów, którzy zapłacą mu za ten luksus dolarami. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o komunie, pytając go, jak się żyło przed 1991 rokiem. Na jego twarzy pojawił się strach, człowiek się przeżegnał i powiedział nawet już po polsku, abyśmy dobrze zrozumieli: „Oby TO więcej do nas nie wróciło!!!”.  Głupio mi było odejść po tak udanej rozmowie. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z tą radziecką flagą i zrobiłem maleńki zakup, bo zwyczajnie szkoda mi się faceta zrobiło. Za 30 UAH kupiłem coś w rodzaju orderu. Widniała na nim głowa Lenina. Te odznaczenia „dumnie” nosiła młodzież Lenina.  Przedmiot ten okazał się również oryginalny, spoczywał sobie jeszcze na starym, pożółkłym papierze.

W tym miejscu przychodzi czas na bardzo ważny wywód. Stosunku turystów do symboli minionego totalitarnego systemu. Jak się powinno teraz odnosić do nich. Na Ukrainie na ulicach są całe stragany z pamiątkami po byłym reżimie. Wszędzie możemy nabyć tanie podróbki zabawek z sierpem i młotem. Pozostaje jednak bardzo istotne pytanie, czy wiemy, co się kryje pod tymi niewinnymi symbolami żniw i pracy? Zapewne po pierwsze kojarzy się samo zło: ludobójstwo, traktowanie armii jak mięso armatnie, niewola narodów, zsyłki na Syberię, brak wolności słowa. To tylko nieliczne przykłady okrucieństw, jakie ludność cywilna i nie tylko, musiała znosić dla wyimaginowanego państwa, które było niemalże idealne, przynajmniej w zamyśle. Po przeprowadzonych rozmowach z Ukraińcami, Białorusinami, Rosjanami, wywnioskowałem, że strasznie boją się rozmawiać na tematy związane z komunizmem. Pytając ich wprost o to, kiedy było lepiej? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Do dziś większość wschodnich braci pod swymi strzechami trzyma swoją żywność w lodówkach „Mińsk”, jeździ zardzewiałymi Ładami, ale zarazem żałuje, że dziś ciężko uzbierać na używanego Opla Astrę i aby wymienić swoją lodówkę w kuchni, trzeba by było pracować z pół roku. A właśnie, o pracę teraz też ciężko. Dwadzieścia lat temu na wschodzie, produkcja w fabrykach szła pełną parą. Naród swoimi produktami zaopatrzał ludność cywilną i nie było źle, co z tego, że za żelazną kurtyną postęp techniczny stał na dużo wyższym poziomie. W 1991 rozpadło się ZSRR, obalono system, choć kraj sprawiał wrażenie, że jest pachołkiem Rosji. Dzisiaj Ukraina ma dużą szansę wejść do Unii Europejskiej, ale ludziom tu mieszkającym wiele brakuje do tego, by żyć dostatnio. Jak na razie co niektórzy zmuszeni są, by handlować pamiątkami po systemie, którą to pamięć chciałaby unicestwić. Ale skoro turyści łakną tego typu pamiątek, skoro jest zbyt, to trzeba tym handlować. Nawet przeciw swoim uczuciom. Albo słabo znam Warszawę, albo nigdzie nie widziałem w niej nawet małego straganika, albo chociaż części straganika, który byłby poświęcony PRL-owi, gdzie można by było nabyć breloczek z PZPR, godło orła białego bez korony, ordery z tamtych czasów i zabytkowe legitymacje partyjne (na allegro można nabyć bez problemu). U nas handel takimi rzeczami byłby niestosowny, ale na Ukrainie o dziwo kwitnie pełną parą. Koszulkę z towarzyszem Leninem można kupić prawie wszędzie za 70 UAH. Nawet na forum wycieczki był poruszony wątek dotyczący mieszanych uczuć podczas zakupów z insygniami związku. Dlatego teraz pozostaje nam ostateczne pytanie, jak traktować tego rodzaju pamiątki. Najlepszym wytłumaczeniem jest traktowanie tego rodzaju pamiątek jako historycznych materiałów uzupełniających.

Maszerując beztrosko po ulicy Kijowa, pośród kolorowych straganów, zaniepokoił nas sygnał z nieznanego ukraińskiego numeru. Któż to mógł być? Okazało się, że grupa z autobusu czeka na nas już 20 minut. Pędem biegnąc z górki w dół malowniczej ulicy było lżej, niż wspinać się po niej. Dlaczego się spóźniliśmy i nie przybyliśmy na wyznaczoną godzinę? Mój telefon padł, więc godzin nie liczyłem, a telefon kolegi nie był przestawiony o godzinę do tyłu. Wróciliśmy szczęśliwie, ale zapewne zdenerwowaliśmy grupę, a w szczególności panie pilotki, które usłyszały pewnie niemiłe słowa na nasz temat od kierowców.

PUBLICZNIE PRZEPRASZAMY!!!

Ruszyliśmy teraz do naszej noclegowni na ulicę Kustanajską. Naszym hotelem okazał się duży blok. Za karę dostaliśmy pokój na samym końcu. Hotelik przytulny i ciepły już od samego wejścia. Pani recepcjonistka skora do rozmowy i pomocy. Do swojego pokoju na 6 etarzu (naszym piątym piętrze) zajechaliśmy windą w której byłą reklama, że w hotelu jest HOT-SPOT z prędkością 100mb/s. Otwierając swój pokój dla pewności zadzwoniliśmy do swych drzwi, czy nikogo za nimi nie ma i zapytaliśmy: „Dzień dobry. Zastałem Jolkę?” Jeśli ktoś nie wie, skąd załapaliśmy taką fazę, niech obejrzy sobie Seksmisję. Jakie wrażenie zrobiły na nas pokoje? Dwuosobowe kwatery  z kuchnią, łazienką i wyjściem na balkon. Czysto, przytulnie jak na ukraińskie warunki. Wreszcie wymarzona kąpiel w wannie i odpoczynek. Czas na naładowanie telefonu i kontakt z polską 4,5zł za minutę. A beznadziejne przypomnienia o tym, kto dzwonił wtedy, gdy miałem wyłączony telefon sprawiły, że z 50zł na koncie zostało mi niecałe 20zł. Postanowiłem, że będzie lepiej, gdy ustawię swój smartfon w tryb samolotowy, bym nie ponosił więcej niechcianych kosztów za otrzymywane sms-y. Na kolacje nie szliśmy, woleliśmy odpocząć.

 

Na Majdan, gdzie mieliśmy mieć czas wolny na zwiedzanie udaliśmy się metrem. Do metra doszliśmy pieszo. Kijowskie metro znacząco różniło się od warszawskiego. Po pierwsze patrząc na plan metra rzucały się w oczy trzy, a nie jedna linia metra. W głąb tunelu metra pędziły, w dosłownym tego słowa znaczeniu, zabójcze ruchome schody. Zwykłych schodów nie stwierdziłem. System kasowania biletów też się różnił od naszego. W tym metrze nie kasowało się biletów. Trzeba było kupić sobie specjalny niebieski żeton za 2 UAH i wrzucić do bramki, po czym bramka przepuszczała nie zostawiając żadnego zaświadczenia na to, że zapłaciliśmy. Można sobie pomyśleć, że wystarczy tylko przeskoczyć przez bramkę i udawać, że się wrzuciło żetonik. Nie ma tak łatwo, wrzucających pilnuje babka obserwująca, czy każdy należycie wrzuca do bramki żeton. Nawet gdybyśmy zrobili to tak szybko i sprawnie, to wpadlibyśmy zapewne w ręce pana milicjanta, który również pilnuje wchodzących podróżnych. Miałem akurat takiego farta, że mnie zaczepił ów milicjant. Przyczepił się, że w metrze nie wolno pić piwa, myślałem, że każe wyrzucić i jeszcze będzie chciał, aby dać mu w łapę. Jednak obeszło się bez legitymowania i łapówki, a skończyło się na kazaniu zakryciu piwa, uśmiechu i ukłonu w moją stronę.  A pomyśleć, że  dwa lata temu dwa razy nas spisano i jeszcze musieliśmy zapłacić 50 UAH (w)kieszonkowego. Metro trochę mnie jednak zdziwiło. Albo akurat nasza grupa natrafiła dwa razy pod rząd na wagony starej produkcji. Stacje niestety słabo oznaczone, albo od alkoholu wzrok mi się popsuł. Z głośnika udało mi się wysłuchać tylko stację Olimpijską i słowa „Wnimanje, wnimanje”, a potem radyjko przestrzegło przed kieszonkowcami. A mi po tym wnimanju przyszło na myśl dopowiedzieć: „Gawarit Moskwa”. Wyjechaliśmy dokładnie pod Złotymi Wrotami.

Następnie pdoszliśmy do pamiętnego dla mnie placu z fontanną. Mieliśmy jednak trochę czasu na swobodne zwiedzanie, ale znaliśmy już czarne karty nocnego Kijowa.

Wybraliśmy opcję zwiedzenia tylko pomnika Lenina  i wrócić na kwadrat. Tak zrobiliśmy, do Lenina doszliśmy na pieszo. Myśleliśmy, że tylko nas będzie on interesował, ale co jakiś czas spotykaliśmy pielgrzymów z naszej wyprawy udających się pod jego monument. Razem z podestem Lenin był ode mnie pięć razy większy. Przy posągu stacjonował postradziecki namiot. Nie wnikałem, co to za służby mundurowe, choć miałem chrapkę, by zagadać z komunistyczną partią.

Wróciliśmy na plac z fontann idąc obok zamkniętych namiotów domagających się uwolnienia Julii Tymoszenko. Minęliśmy tuningowaną Ładę, zdjęcie Jezusa ze Świebodzina na przystanku autobusowym, i hotel Ykpaiha.

Ja wstąpiłem jeszcze do McTuska na chesburgery 7 UAH za sztukę. Nie chciało nam się czekać na zbiórkę i ponownie wracać metrem. By szybciej wrócić do hotelu szukaliśmy taksówki. Orientowaliśmy się, że kurs na naszą ulicę powinien kosztować ok. 55 UAH. Taryfiarze liczyli sobie za taki kurs 150 UAH. Chodząc od samochodu do samochodu pytając się o cenę usługi nie udało się znaleźć nic poniżej 120 UAH. Jeden z kierowców powiedział, że ktoś może nas taniej zawieźć i zawołał swojego kolegę w dresie. Na początku gościu chciał od nas 70 UAH, ale wynegocjowaliśmy na 60 UAH. Udaliśmy się za nim do jego awtomaszyny. Stojąca gdzieś pod obskurną ścianą i spaloną latarnią bryka, z wgniecionym bokiem sprawiła we mnie głębokie zaniepokojenie. Być może to był zły bandzior, który chce nas gdzieś wywieść? Ryzykować, czy nie? A co nam tam. Raz kozie śmierć i raz się żyje. Kierowca to bardzo wygadany Ukrainiec. Opowiedział nam o tych namiotach, których przeznaczenia nie znaliśmy. Kazał zwrócić też uwagę na Lenina. Miło się nam dyskutowało o ostatniej głośnej walce Adamka i Kliczki. Śmialiśmy się z tego, że Polak z Ukraińcem walczy na ringu, a Niemiec za darmo ogląda, bo Polacy mogli to jedynie oglądać na kanale sportowego Polsatu. Nasz kierowca znał też najsłynniejszych polskich bliźniaków i nie chodzi mi tu wcale o braci Mroczków. Wspominał, że oglądał w telewizji film z udziałem braci Kaczyńskich. W jednym momencie naszej podróży poczułem pot na plecach, a serce moje zaczęło ze strachu bić trzy razy szybciej. Nasz kierowca pokazał nam jakiś park. Z początku nie wiedziałem bardzo, o co mu dokładnie chodzi. Tym bardziej, że w tym momencie zapytał nas, czy mamy banknot 200 UAH. My zmieszani podejrzewaliśmy najgorsze. Gdy mu długo nie odpowiadaliśmy, kierowca wyciągną swój banknok 200 UAH, zapalił do tego lampkę samochodową i zapyta, czy widzimy. W strachu myśleliśmy, że zbliżamy się do celu naszej podróży i wnioskowaliśmy, że ten lewy kierowca, żądał od nas  tych 200 UAH za podróż. Trudno nasze zdrowie bądź życie jest przecież najważniejsze i gdyby kierowca okazałby się jednak bandytą, lepiej byłoby oddać 200 UAH i mieć spokój. Zapytałem się jednak wprost kierowcy, czy mamy za podróż zapłacić dwie stówki? Kierowca, chyba wystraszył się tym pytaniem bardziej od nas, bo czym prędzej  zgasił lampkę, schował banknot i zaczął nas przepraszać, że tak nas wystraszył. Dochodząc do porozumienia, chciał nam tylko powiedzieć, że na banknocie 200 UAH widnieje postać poetki, która mieszkała w parku, obok którego przejeżdżaliśmy. Dzięki Bogu, że ta sytuacja tak się skończyła. Zawsze przecież mogliśmy trafić na jakiegoś bandytę, który mógłby nas wywieźć w nieznane nam miejsce, a w nim czekać na nas mogła cała gwardia dresów, a ci mogliby z nas zrobić pasztet. Na Kustanajską dojechaliśmy bez szwanku, dając jeszcze naszemu kierowcy niewielki napiwek. Dopełzliśmy do hotelu i zmęczeni klapnęliśmy na naszych pryczach, włączając telewizor. W telewizji same pierdoły, a na jednym kanale zaczynał się właśnie film „Constantine”. Znajomi z autobusu, którzy później od nas wrócili oglądali nawet serial „Stawka większa niż życie”, z ukraińskim lektorem oczywiście.

Następnego dnia o poranku pobudka. Wstaliśmy jednak godzinę za wcześnie. Ja w swoim telefonie godziny nie zmieniałem, ale mój spryciuch telefon sam zmienił godzinę. Nic się nie stało, ale mogliśmy jeszcze sobie spokojnie godzinkę pospać. Przez ten czas zdążyliśmy się jednak bez pośpiechu okompać  i pogadać z kolegą, którego tak rzadko widuję. Przez ten czas zdążyliśmy jeszcze powypijać wszystkie alkohole, które nam zostały jeszcze z Polski. Nie za bardzo smakowała mi polska Warka, ale lepsza ona, niż poranny sprint do spożywczego po Obołonia. Rano śniadanko i wsiadamy w autobus do ZONY.

Przejazd bezproblemowy, okraszony słowami przewodnika Igora. Docieramy do ronda z jajem. Jajo, symbol nowego życia i odrodzenia się, jest prezentem od Niemców. Można się bez problemu domyśleć, że los tej ziemi po katastrofie nie jest obojętny samym Ukraińcom. Inne narody też współczują i życzą, by ziemia przestała być skażona. Mijamy rondo i dojeżdżamy do pierwszego przystanku na papieroska. Zatrzymujemy się za niebieską tablicą rozjazdową z kierunkowskazem na Czarnobyl. Zdjęcia robione w pośpiechu i szybka nagonka do autobusu, by nie marnować cennego czasu. Zwróciłem też uwagę na prawosławną kapliczkę przydrożną.

Dojeżdżamy do pierwszego checkpointu Ditiatki. Robimy zdjęcia, ale nie celnikom, by nie narazić się na dodatkowe problemy, ze strony formalnej.

Nasz autokar krótki kolejny postój zaliczył przy „ambasadzie zony”. Przed jej budynkiem wałęsały się małe kotki. Wszyscy im robili zdjęcia. Tylko jeden kolega odważył się wziąć na swoje ręce mruczka. Teraz krótki postój, dopiero przed tabliczką Prypeć. Miastem, które zostało ogrodzone drutem kolczastym liczącym niegdyś 50 tysięcy mieszkańców.

Szlaban się otwiera i wjeżdżamy do lasu, a nie do byłego miasta. Gęste drzewa nie pozwalają dostrzec kilkupiętrowych bloków mieszkalnych. Drzewa były również doskonałą barierą nieprzepuszczającą promieni słonecznych. Niejedna osoba dostała gęsiej skórki przez cienie rzucane przez konary drzew. Dojechaliśmy do centrum miasteczka. Autobus wpłynął na suchego przestwór płyty betonowej. Wycieczka ruszyła za przewodnikiem, stosując się do zasad, jakie obecnie obowiązują podczas zwiedzania strefy zamkniętej. Chodziliśmy z kolegą cały czas na końcu, zaowocowało to tym, że na początku grupa strasznie się pchała w kadr, a zdjęcia z opuszczonego miejsca, gdzie jest multum ludzi za ciekawie nie wyglądają. O ciekawostkach związanych ze strefą zdążyliśmy się zapoznać dwa lata temu. Planowo nasza exploracja zaczęła się w Hotelu Polesie.  My wybraliśmy się kawałek dalej, by przed wejściem do instytutu atomowego zrobić sobie zdjęcie.

Wracając do hotelu zatrzymaliśmy się przy „drzewie poznania dobra i zła”.

Przewodnik przestrzegał nas przed nim, by nie kosztować z niego owoców, gdyż spożywając je jednocześnie staniemy się dożywotnio młodzi. Papierówki rosnące przed hotelem miały zwyczajny smak jabłka. Dzika jabłoneczka obrodziła, gałęzie uginały się od owoców, a i tak pod nią leżało dużo spadów. Być może w przyszłości przyjdzie mi żałować, za ten skromny kęs tego owocu. Kilka godzin po spożyciu nic mi nie było, nie poczułem nawet najmniejszych zmian w procesie trawienia. Zaznaczę, że w swych ustach czułem jedynie azbest.

Hotel Polesie, piętowy budynek pozbawiony wyposażenia. Same ściany, jedynie wspinając się na wyższe piętra zaglądając do wybranych pomieszczeń,

dało się znaleźć jakiś mebel, bądź zardzewiały jakiś element.

Na trzecim bodajże piętrze znaleźliśmy zniszczoną chłodnię i lodówkę.

W poddaszu w ciemnym pomieszczeniu zostały złożone wszystkie rozkręcane metalowe łóżka. Piętro wyżej mieliśmy przepiękne okno na centrum, które przeobraża się w las. Kierując swój wzrok w horyzont z drugiej strony, można dostrzec las, a proporcja domów w stosunku do drzew zmniejszyła się dwukrotnie.

Albo miałem tylko takie złudne wrażenie. Natura tu pokazuje, co potrafi. Co człowiek budował latami, ona zabierze z powrotem. Nigdzie jej się nie śpieszy, zabiera powoli, kradnąc ostatki cywilizacyjnego dorobku. Wchodzi przez okna i drzwi. Nie pyta się duchów właścicieli i pozwolenie. Wracamy teraz na ziemię, schodząc pośpiesznie, by nie zgubić grupy, która zmierzała do domu kultury. My za nimi, pozostając delikatnie w tyle. Łudziłem się, że na wstępie wykonam lepsze zdjęcia malowidła w tym pałacyku.

Przeraziłem się, że farba z malowidła skruszała. Czas zrobił swoje. Przestrzeżono nas, aby nie wchodzić do „studni” budynku, gdyż tam jest większe promieniowanie. Podczas tej wyprawy nie mieliśmy żadnego urządzenia, którym moglibyśmy dokonać pomiaru. Pozostało nam jedynie sugerowanie się pomiarami dokonanymi podczas ostatniej wyprawy i zastosowanie się do wskazówek, które dawał przewodnik. Ponownie pragnąłem dostać się do hali sportowej. O dziwo przewodnik o niej nic nie wspominał. Złapałem na prędce jeszcze jednego kompana do naszego duetu. Kierując się swoim instynktem trafiłem tam, pod drodze zatrzymując się w salce ze sceną.Pędem chciałem na nią wskoczyć, ale w mej głowie zabrzmiały słowa Igora, aby nie wchodzić na drewniane sceny. A mogłem już prawie złamać nogę, bo deska, na którą pędem wskoczyłem, mocno się wygięła.

Do dziś nie rozszyfrowałem, co to za wystawa była w tej małej salce. Czasu na dogłębne wnikanie jej treści dużo nie mieliśmy.

Hala gimnastyczna znajdowała się korytarzyk dalej.

Ogromna, wielka z widokiem na diabelski młyn. Na ścianie napis: „Silne, śmiałe płuca” w swobodnym tłumaczeniu.

To miejsce nie uległo wielkiej metamorfozie. Wydawało mi się tylko, że tajemnicze ręce opielały trochę tę halę, wykarczowano maleńkie brzozy, zostawiając dwie przy oknie.

Być może turyści rzadko tu trafiają i pielęgnują to miejsce jak muzeum. Z hali zniknęło tylko godło ZSRR. Znalazło się ono jednak w korytarzu.

Wykonując drogę odwrotu zajrzeliśmy do lokalnej biblioteczki

i przyszło mi wykonać zdjęcie zdewastowanemu przez czas malowidłu.

Jako ostatni opuściliśmy pałacyk. A nasze wyjście bacznie obserwowała ukraińska przewodniczka. Dzięki niej zajrzeliśmy do Sali z portretami.  Wiedzieliśmy, że znajdują się one na zapleczu teatru, ale śledząc kilka dni temu mapę Prypeci nie odnaleźliśmy budynku teatru na kartografii. Budynek teatru wchodził w skład domu kultury, ale wejście do zaplecza było zupełnie od innej strony. Najłatwiej je znaleźć idąc od placu głównego do diabelskiego młyna, po prawej, wchodząc po schodach. Miałem dość dziwny pomysł, by zabrać coś z tego pomieszczenia do domu, ale zrezygnowałem z tego rozwiązania. Uznałem, że najlepszą wyniesioną pamiątką będą jedynie własne wspomnienia, zdjęcie na tronie w tle portretów. Będąc w Prypeci, o to miejsce należy obowiązkowo zahaczyć. Znajdują się tu relikty niedoszłego pochodu 1-majowego.

Ciemny teatr dalej w głąb nie radzę się zapuszczać, drewniana spróchniała podłoga, powlekana licznymi dziurami jest śmiertelną pułapką, czekającą na losową ofiarę. Ukraińskiej przewodniczce bardzo dziękowałem za wskazanie tego miejsca, gdyby nie ona popędzilibyśmy bezpośrednio pod diabelski młyn nie bacząc na niepozorne otwarte drzwi. Przed diabelskim młynem nic się nie zmieniło.

Pomimo wielkiego koła robiącego wrażenie, czułem jednak nutkę monotonii. Dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Oglądanie młynka nie smakowało tak samo, jak pierwszy w życiu pocałunek. Nawet nie zbliżaliśmy się dostatecznie do niego. Chcieliśmy sobie zrobić zdjęcie z Igorem, pomimo chęci potrzymania przez panią pilotkę jego rzeczy, Igor odmówił zrobienia sobie wspólnej fotografii. Wszyscy zwrócili uwagę na podwyższony poziom promieniowania przy samochodzikach.

Padła jednak propozycja, żeby sprężyć się ze zwiedzaniem, bo możemy mieć okazję zajazdu do stacji kolejowej Janów. Wsiadamy szybko w autobus i mamy błyskawiczną podwózkę pod basen i szkołę. Pierwszym naszym zwiedzanym obiektem była szkoła. Idąc skrótami do szkoły natrafiłem na propagandową połówkę flagi.

Wchodzimy do szkoły. W niej ekspresowo wskakuję do piwnicy, na jednym z bloogów przeczytałem, że w jednej ze szkół znajdowała się strzelnica, w której młodzież ćwiczyła strzelanie na przedmiocie przysposobienia obronnego. Pierwszy korytarz zakończył się ślepym zaułkiem, drugi doprowadził mnie do wyjścia przy bocznej ścianie szkoły. Wyszedłem na powietrze nie zdając sobie sprawy jakie stężenie promieniowania mogło być w piwnicy budynku, a moje poszukiwania spełzły na niczym, być może to nie w tej szkole, albo w innej części piwnicy. Mniejsza o to rozdarłem tam tylko spodnie w kroku, przez stawianie ogromnych kroków. Z dworu wskoczyłem do pomieszczenia z maskami gazowymi.  

W pomieszczeniu była też grupka osób. Ktoś nawet zwrócił uwagę, że niektóre elementy są specjalnie poukładane. Prawdopodobnie może istnieć taki cichy etat w zonie, który polega na układaniu przedmiotów, pod turystów, aby wszystko ładnie wyglądało. To są moja przypuszczenia, ale jest też możliwe, że zwyczajnie jakiś fotograf tak te rzeczy poukładał, aby zrobić jakieś bardzo przemyślane zdjęcia. Wszystko jest możliwe, ale patrząc na symetrycznie poustawiane butelki, lalki siedzące na parapetach i trzymające się za ręce, na pewno od 86 roku tak by nie przeleżały. Eksplorujemy pomieszczenie dalej, znajdujemy tabliczkę: „I wojnie NIE”, a na drugim planie widać ziemski glob, w który wycelowana jest rakieta.

W jednej z salek znalazłem na gazetce zdjęcie Lenina.

Żałujemy, że mamy tak strasznie mało czasu i dogłębnie (przynajmniej mi) nie udało się zwiedzić szkoły. Przez chaszcze i zarośla pędzimy na złamanie karku do basenu. Pytamy się najbliższej osoby, jak najszybciej trafić do pomieszczenia z basenem. Przykaz brzmi: Do końca prostu, potem w prawo, po schodach cały czas na górę”. Rzeczywiście, wbiegliśmy po schodach z materiału wykonanego z jakiegoś sztucznego tworzywa, pędzimy na górę by przez krótką chwilę rzucić okiem na basen. Ogromny, głęboki, suchy.

Wracamy do autobusu, by przewiózł nas pod przedszkole. Gdy pod budynkiem przedszkola wszyscy wpychają się pierwszym wejściem. Zapewnie takie budynki jak przedszkola koniecznie muszą mieć więcej niż jedno wejście, więc na spokojnie, bez przepychanek weszliśmy we dwóch do budynku drzwiami znajdującymi się kilkadziesiąt metrów dalej. W ogródku znajdował się murowany schowek i placyk zabaw, dzieci w nim mogły się bawić i wzorować na Gagarinie.

Weszliśmy do środka budynku przedszkola i trafiliśmy do sali z zabawkami. Ktoś postanowił zrobić sesję zdjęciową lalkom w masce gazowej.

Spierałem się z kolegą odnośnie jednego obrazka. Ja twierdziłem, że to jest plastuś, ale kilka osób mówiło na to teletubiś.

Na korytarzu gazetki i plakaty witały maluchów słowami: „Zdrastwuj Szkoła’’.

Już od małego wpajano w tym miasteczku czerwone ideały.

W przedszkolu dzieciaki obowiązkowo musiały leżakować, łóżeczka do leżakowania w jednym pomieszczeniu stały tak nierówno w szeregu jak członkowie naszego OSP podczas imprezy z alkoholem.

W szatni wszystkie wieszczki miały przypisane swój obrazeczek. Gdybym był maluszkiem w tym przedszkolu, wybrałbym bez wahania babę w babie.

Jeszcze długo przed wyjściem do domu z szatni i przed leżaczkowaniem w przedszkolu był czas na podwieczorek. W kuchni panie kucharki gotowały dzieciom budyń.

16-piętrowy blok mieszkalny nie zabłysnął niczym szczególnym.

Można było wejść tylko na drugie piętro maksymalnie. Chciałem wejść na ostatnie piętro, ale czasu na to nie było. W jednym mieszkanku znalazłem kawałeczek gazety z 1984r.

Tym zakończyliśmy zwiedzanie centrum zony. Pomimo presji czasowej i jak zawsze wielkiego niedosytu zmuszeni byliśmy opuścić to magicznie miejsce.

Stacja Janów, na której stał cały szereg pociągów, które dziś są tylko eksponatami w skansenie zony.

Nawiązując do stalkera, kojarzy ktoś może to wieżyczkę z gry?

Czas teraz na sarkofag reaktora nr 4.

Czarnobyl 2011 reaktor

Jak stał, tak stoi i promieniuje. Jednak od mojego ostatniego spotkania z sarkofagiem, pojawił się przy nim dźwig. Dźwig ten jest zwiastunem początkowych prac przy budowie nowego sarkofagu. Choć jedna jaskółka wiosny nie czyni, to myślę, że ten dźwig jest wielkim krokiem do potencjalnej wizji idealnie zabezpieczonego zagrożenia, które pozostało po tej  tragicznej katastrofie.

Tym razem byłem w pełni sił, by bez problemu wyjść z autokaru na chwilkę przy czerwonym lesie, tabliczce Prypeć,

tabliczce Czarnobyl,

pomniku strażaków.

Wspomnę, że na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się przy pomniku Prometeusza.

Z mostku mogliśmy poobserwować przeogromne sumy, które nie bały się nas.

Zjedliśmy też smaczny obiadek w stołówce niedaleko reaktora. Co najciekawsze, mieliśmy podane dokładnie to samo, co dwa lata temu. Co jeszcze ciekawsze, teraz zjadłem wszystko ze smakiem, a wtedy zjadłem tylko pomarańcze.

W wioseczce Czarnobyl udaliśmy się jeszcze na ulicę Sowiecką, na mini cmentarzyk samochodów biorących udział w likwidacji skutków awarii. Od tamtej pory zdążył zniknąć jeden samochód. Pewnie poszedł na żyletki.

Postój miał miejsce również przy placu oddania czci miejscowościom, które zostały zlikwidowane, by ograniczyć nadmierne składowanie się pierwiastków ciężkich w budynkach. Biegiem zahaczyliśmy o Lenina.

Centrum Czarnobyla opuściliśmy jeszcze patrząc na anioła śmierci.

Wracamy do przejścia Ditiatki, aby zbadać swój poziom napromieniowania w naszych ciałach. Czekamy, aż w bramce zaświeci się lampka „czysto” i przechodzimy dalej.

Powrót do Kijowa. Ostatnia toaleta w hotelach i szybkie zakupy w markecie. Za resztę pieniędzy kupiłem dwie butelki wódki i cztery butelki piwa. Po zakupach w supersamie postanowiłem się pozbyć swoich a`la glanów. Związałem moje dwa kolorowe buciki sznurówkami, jedną białą, drugą czerwoną i rzuciłem swe buty na drzewo. Jednak jeszcze przed rzuceniem ich na drzewo włożyłem do środka naklejkę z logiem swojej strony. Opuszczamy Kijów i podróż mija „płynnie”. Ktoś mnie nawet poczęstował winkiem Martini z filiżanki znalezionej w Czarnobylu… (Wersja nieoficjalna). Zatrzymywaliśmy się również na stacji paliw, po stronie ukraińskiej, by wydać swoje ostatnie dieńgi na piwo, morszczuki i cukierki, których kupiłem cztery paczki.

Na przejściu granicznym jak ostatnio, sprawdzono dwa losowo wybrane bagaże. W ostatnim momencie przypomniałem sobie, że jednemu koledze obiecałem zapałki z Ukrainy, bo zbiera paczki po nich. Ale nie chciałem już biegać do sklepu, bo paszport akurat miałem sprawdzany. Do Krakowa też dojechaliśmy bez przeszkód i na dodatek ekipa tyłkowników wygrała w konkursie po atrakcyjnej nagrodzie. Okazało się jednak, że ci, którzy grali z Stalkera: Zew Prypeci, byli już w posiadaniu tej nagrody. Ba, ale tylko ci, którzy mają oryginalny egzemplarz gry. Trochę stalkerowców jechało w autobusie, ale nieliczni  znali pierwotne pochodzenie źródła tych pocztówek. Żal było w Krakowie rozstawać się z autobusem i wycieczkowiczami. Członkowie, którzy wracali do stolicy zdecydowali się ze mną i Darkiem, wstąpić do knajpy Loch Ness na dotarcie się… Było o czym rozmawiać. Wpadłem nawet do saturna kupić sobie kilka gierek, między innymi Dead Island. O mało się nie spóźniliśmy na pociąg, a w ostatniej chwili ruszyliśmy wszyscy cali i zdrowi. Niestety nie pożegnałem się osobiście z Darkiem, ale to po części stało się już tradycją. Powrót do Warszawy w przedziale z pracownikiem PKP i ekipą wracającą do Warszawy. Pomimo przedłużającej się podróży przez postój pociągu wypiliśmy jeszcze kilka piwek. Porozmawialiśmy też z panią konduktor, która za rok odejdzie na emeryturę. Świeże powietrze podczas nieplanowanego postoju pozwoliło mi się przyjrzeć różnym sylwetkom osób podróżujących tą samą linią.

Najbardziej moje serduszko poruszyła mała dziewczynka podróżująca z ojcem. Bardzo się niecierpliwiła i ciągle pytała ojca, kiedy będą w domu. Postanowiłem jej podarować paczuszkę cukierków z Ukrainy, by podróż stałą się bardziej słodka.

Ludziom, którzy dosiedli się do naszego przedziału zaproponowałem piwka, ale dopiero jak dodałem, że przyjechało z Czarnobyla, jedna parka się skusiła. Umęczeni dotarliśmy do dworca centralnego w stolicy. Mnie czekało jeszcze sprzedanie swojego aparatu, koledze Andrzejowi, więc metrem dojechałem na umówioną stację i dokonałem transakcji. Wróciłem z powrotem w centrum. Najbardziej zastanawiałem się co zrobić ze swoją punkową skórzaną kurtką. W początkowym zamyśle miałem sprzedać swoją kurtkę za piwo jakiemuś punkowi, ale postanowiłem ją zostawić w centrum Warszawy, by jacyś klimatyczni ludzie ją zobaczyli i uśmiechnęli się. Dlatego skóra została na „patelni”. W drodze do stacji śródmieścia udałem się na kebaba. Rzuciłem też pieniążek grającym reggae. Niedługo czekałem na pociąg, a gdy wsiadłem do nowoczesnego bezprzedziałowego pociągu, wyciągnąłem nogi na drugim siedzeniu, spojrzałem za okno i zobaczyłem stadion narodowy, były X-lecia. Do Garwolina jeszcze daleko, pomyślałem i zasnąłem. Obudził mnie konduktor na ostatniej stacji w Dęblinie. Dałem znać rodzicom przez telefon, że przespałem stację Łaskarzew i wrócę nad ranem. Czekało mnie kilka godzin snu pod gołym niebem. Całe szczęście, że noc była cieplutka, choć pod koniec mojego snu pod gwiazdami zebrało się na burzę i to we wrześniu (!). Kiedyś marzyłem, by rzucić wszystko: dom, rodzinę, znajomych, dobytek i iść w świat, przemierzając go pieszo. Pragnąłem spać pod gołym niebem. Bardzo mi się spodobało, ale nie mogę rzucić wszystkiego od tak. Wróciłem pierwszym pociągiem do Łaskarzewa, a tam czekał na mnie ojciec. Wróciliśmy do domu, a następnie położyłem się spać, choć szybko zasnąć nie mogłem.

  • Czarnobyl Prypec by pawelet 001
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 002
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 003
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 004
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 005
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 006
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 007
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 008
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 009
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 010
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 011
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 012
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 013
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 014
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 015
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 016
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 017
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 018
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 019
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 020
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 021
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 022
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 023
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 024
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 025
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 026
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 027
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 028
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 029
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 030
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 031
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 032
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 033
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 034
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 035
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 036
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 037
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 038
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 039
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 040
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 041
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 042
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 043
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 044
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 045
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 046
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 047
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 048
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 049
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 050
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 051
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 052
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 053
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 054
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 055
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 056
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 057
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 058
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 059
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 060
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 061
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 062
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 063
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 064
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 065
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 066
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 067
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 068
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 069
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 070
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 071
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 072
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 073
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 074
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 075
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 076
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 077
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 078
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 079
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 080
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 081
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 082
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 083
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 084
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 085
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 086
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 087
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 088
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 089
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 090
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 091
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 092
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 093
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 094
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 095
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 096
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 097
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 098
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 099
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 100
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 101
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 102
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 103
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 104
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 105
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 106
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 107
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 108
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 109
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 110
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 111
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 112
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 113
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 114
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 115
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 116
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 117
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 118
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 119
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 120
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 121
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 122
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 123
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 124
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 125
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 126
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 127
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 128
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 129
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 130
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 131
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 132
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 133
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 134
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 135
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 136
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 137
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 138
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 139
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 140
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 141
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 142
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 143
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 144
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 145
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 146
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 147
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 148
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 149
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 150
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 151
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 152
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 153
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 154
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 155
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 156
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 157
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 158
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 159
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 160
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 161
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 162
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 163
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 164
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 165
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 166
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 167
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 168
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 169
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 170
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 171
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 172
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 173
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 174
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 175
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 176
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 177
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 178
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 179
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 180
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 181
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 182
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 183
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 184
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 185
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 186
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 187
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 188
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 189
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 190
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 191
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 192
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 193
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 194
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 195
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 196
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 197
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 198
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 199
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 200
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 201
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 202
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 203
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 204
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 205
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 206
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 207
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 208
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 209
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 210
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 211
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 212
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 213
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 214
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 215
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 216
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 217
  • Czarnobyl Prypec by pawelet 218

Komentarze   

+1 #3 Karolina 2013-05-02 09:41
na serio zainteresowałam się tym może wybiorę się tam w najbliżej wakacje :lol:
Cytować
+1 #2 rafał 2012-12-12 18:39
To nie plastuś i nie teletubiś:) to Czeburaszek (ros. Чебурашка), co zgadza się nawet z literką przy rysunku:) Pozdrawiam:)
Cytować
0 #1 monkizz 2012-05-15 23:49
To nie plastuś i nie teletubiś:) to Czeburaszek (ros. Чебурашка), co zgadza się nawet z literką przy rysunku:)
Pozdrawiam:)
Cytować

Dodaj komentarz


Panel boczny

Promowani

 

 

 

EXPLORATION RUINS

 

Facebook

Kontakt: pawelet@wp.pl