Opuszczone budynki, imprezy, gry i wiele innych...
  • Relacja z I wypadu do Czarnobyla
  • Relacja z II wypadu do Czarnobyla.
jtemplate.ru - free Joomla templates

Lwów - miasto bliskie memu sercu


 Ta wyprawa miała być naszą prywatną, pozostać jedynie w naszych pamięciach i na zdjęciach w domowym zaciszu. Ukraina jest na tyle wspaniała, że aż nie wypada nie podzielić się z innymi tymi przeżyciami, które nas tam spotkały. Lwów, bo tam dostaliśmy zaproszenie, okazał się naszym drugim domem, do którego zawsze możemy swobodnie wrócić, bez obaw, że ktoś nas tam nie wygląda.

Serdeczność i gościnność to cechy lwowian, które zostały wyryte w naszej świadomości już na zawsze. Pomysł na wycieczkę do Lwowa po części zawdzięczamy mojej koleżance Tatianie, którą poznałem zupełnie przez przypadek.

Jak poznałem Tatianę? To historia zapewne długa i zawiła, ale postaram się ją streścić, bo dzięki niej nie nasiąkłbym pragnieniem, by tak prędko  odwiedzić naszych wschodnich sąsiadów, współtowarzyszy Euro 2012 i przewspaniałe miasteczko Lwów, które urzekło nas w całości. Na Ukrainie zawitałem dwa razy, pobieżnie goszcząc w Kijowie, nastawiając się głównie na ekstremalną wyprawę w miejsce, gdzie miała miejsce najstraszniejsza w historii katastrofa ekologiczna na całym świecie. Relacje z tych wypraw można obejrzeć TU i TU. Co do samego Kijowa, jeden wieczór, to dość mało czasu, by poznać jego uroki, ale wystarczająco dużo, by odkryć jego mroczne, tajemnicze i złe strony, ale o tym zapewne można poczytać w powyższych odnośnikach. Będąc tam pierwszy raz poznaliśmy grupkę lokalnych Ukraińców.

Wymieniliśmy z nimi kontakty, jednak okoliczności sprawiły, że wcale nam nie zależało nam, by podtrzymywać w ciepłej relacji nowo nawiązane kontakty. Na drugi dzień budząc się w hostelu zobaczyłem, że moje kieszenie wypchane są różnymi karteczkami, z adresami domów, adresami mailowymi. Zapamiętałem dokładnie jedną kartkę i po jakimś czasie postanowiłem odezwać się pod adres mailowy.

Po jakimś czasie zaczęliśmy rozmawiać przez Skype, trochę po angielsku, rosyjsku i po polsku. Mój rozmówca uznał jednak, że chce, aby rozmowa odbyła się w języku polskim, bo właśnie uczy się tego języka. Zdziwiłem się, w jaki sposób wymawia końcówki czasowników. Końcówką było przeważnie –la: zrobila, skończyla, widziala. Zastanowiło mnie to. Zapytałem więc, czy człowiek po drugiej stronie kabla internetowego nie powinien czasowników odmieniać czasowników używając końcówek: łem lub ł? Zrobiłem, zrobił, skończyłem, skończył, widziałem, widział. Zazwyczaj w ten sposób osoby posługujące się cyrylicą w piśmie, mówiąc po polsku, używają końcówek  czasowników w pierwszej osobie. Zapytałem go, czy zdaje sobie sprawę z tego, że się myli. Mój rozmówca „powiedział”, że jest kobietą i że dobrze mówi. W tym momencie doznałem szoku. Pisaliśmy ze sobą już jakiś czas, a dopiero wtedy okazało się, że po drugiej stronie komputera była kobieta, a nie mężczyzna. No dobra - pomyślałem, wszystko się może zdarzyć, pomyliły mi się kartki i nie z tą samą osobą pisałem, ale i tak fajnie się rozmawiało. Za jakiś czas napisałem do koleżanki z zapytaniem, jaka jest u nich pogoda w Kijowie. Tatiana była zdziwiona, dlaczego zapytałem ją o Kijów, skoro ona mieszka we Lwowie? I tak doszliśmy do sedna, że poznana koleżanka po primo, nie była facetem, jak mi się wydawało, nie mieszkała w Kijowie i w rzeczywistości nigdy nie spotkaliśmy w realu.

Czysty przypadek i pomyłka sprawiła, że nawiązaliśmy ze sobą kontakt i przez tak długi czas komunikowaliśmy się. Wszystkie inne nieporozumienia, stopniowo zaczęły się wyjaśniać. Tatiana w tak dobrym stopniu opanowała język polski, że mogliśmy swobodnie rozmawiać. Byłem jednak bardzo zaciekawiony Lwowem, bo gdy czasem zdarzyło mi się pomylić Lwów z Kijowem, Tatiana mnie upominała, bym nie mylił więcej tych dwóch miast, bo są to zupełnie inne miejsca i że Kijów chowa się przy Lwowie! Zaciekawiony zacząłem wypytywać o Lwów, a ona nie szczędziła mi czasu, by jak najszerzej pogłębić moją wiedzę na temat tego wspaniałego grodu. Na moje słowa, że wybiorę się tam kiedyś, Tatiana całym sercem zapraszała. Długi czas się tam wybierałem. Prędzej mi przyszło mi jednak odwiedzić drugi raz Kijów i Czarnobyl, niż Lwów, czasami planowałem zrobić sobie dwa dni wolnego, wsiąść w samochód, jednego dnia pojechać, drugiego dnia wrócić, ale zawsze wypadało coś innego i plany legły w gruzach. W końcu udało się odwiedzić Lwów i z tego miejsca pragnę podziękować gorąco koleżance Tatianie za pomoc, którą dostaliśmy od niej podczas naszej wyprawy.

Wspólnie z Mariolą planowaliśmy wybrać się na wakacje. Plan był taki, by wsiąść w pociąg,  gdzie nas zawiezie, to tam pojedziemy i spędzimy kilka dni, odcinając się od codziennych obowiązków. Myśleliśmy o Krakowie, Gdańsku, Poznaniu… ale gdy opowiedziałem jej o Ukrainie, jednoznacznie wybraliśmy tę opcję. Towarzyszył nam kolega Darek, który był ze mną dwa razy w Czarnobylu. Jemu po części opowiadałem o znajomości z Tatianą i przyznał, że jeżeli przytrafiłaby się taka okazja, to również odwiedziłby Lwów. Trzyosobową ekipą, było raźniej i bezpieczniej, pozostało nam tylko wybrać termin, przygotować się do wyprawy i oczekiwać na wyjazd.

Gdy zbliżał się termin podróży, mieliśmy wszystko już zaklepane, począwszy od transportu po plan zwiedzania, wyjątkiem było mieszkanie. Choć chcieliśmy je mieć zapewnione jak najwcześniej, to rezerwacje na bank udało się dopiero zrobić na dzień przed wyprawą. Była ona jedną wielką niewiadomą, ale zaufałem Tatianie i wszystko było tak, jak się umawialiśmy.

Po spakowaniu rzeczy, rozrobieniu alkoholu by można go było dyskretnie konsumować w środkach lokomocji, wyruszyliśmy razem z Mariolą na stację PKP w Rudzie Talubskiej. Gdy ojciec podwiózł nas stację, życzył nam miłego wypoczynku i przestrzegł, abyśmy się bardzo nie uchlali. Jestem już na tyle dorosły i już nie aż tak zachłanny, jak za młodu, więc przestrogę ojca potraktowałem poważnie, dlatego podczas tej wycieczki alkohol piliśmy z umiarem.

 

Nasz pociąg nadjechał, więc zajęliśmy z Mariolą miejsca w przedziale. Prawie dwie godziny pociąg tłukł się do Warszawy, a my w międzyczasie zjedliśmy sobie rybkę z puszki i popijaliśmy chłodne piwko.


Minęliśmy  Pilawę, gdzie nie tak dawno zwiedzaliśmy bazę PKS-ów. W Józefowie do naszego pociągu wpadli SOKiści i bacznie nam się przyglądali, jakbyśmy mieli jakieś piwo, czy coś w tym rodzaju. Po raz pierwszy dane było mi zobaczyć odnowioną stację Stadion. Gdy ją ujrzałem, nie wierzyłem własnym oczom - czysto, nowocześnie. W tym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo się sprężyliśmy, by wykazać się na to całe EURO.

 Wysiedliśmy na Śródmieściu i pieszo dotarliśmy na ul. Emili Platter w Warszawie, gdzie czekał na nas Darek. Mieszka on w okolicach Krakowa i miałby do Lwowa zapewne dużo bliżej i taniej stamtąd, a także zapewne więcej opcji dojazdu, ale chcieliśmy koniecznie wybrać się razem, dlatego ustaliliśmy, że wyruszymy ze stolicy. Interesując się wcześniej możliwościami dojazdu do Lwowa ze stolicy, wywnioskowałem, że nie ma dużo ciekawych opcji. Można wybrać się pociągiem, ale podróż jest tym środkiem transportu bardzo długa i kosztowna.

 Niestety pociąg do Lwowa jedzie przez Kraków, czyli robi wielkie koło nim dojedzie do celu, przez co traci się wiele czasu. W sieci znaleźliśmy firmę VISITOR oferującą przewozy autobusowe na Ukrainę. Skorzystaliśmy z ich usług w ciemno i nie było tak źle. Bilet w dwie strony nie kosztował majątku i bezpośrednio dotarliśmy pod Główny Dworzec we Lwowie bez kłopotliwych przesiadek. Jestem kompletnie nie tylko zdegustowany, że ze stolicy do Lwowa jest tak słaba komunikacja, ale też że ludzie wcale nie łakną podróżować w tamte strony. Buszując w sieci na prywatnych bloogach można znaleźć opisy ciekawych wypraw do Lwowa na Ukrainę, ale ludzie opisujący swe eskapady zazwyczaj pochodzą z okolic Krakowa, Katowic, Wrocławia. Ubolewam nad tym! Być może gdyby było więcej ciekawszych i tańszych połączeń,  turyści chętniej wybieraliby się spontanicznie na wschód.

 Kolejnym utrudnieniem dla Polaków jest jedno piesze przejście graniczne na Ukrainę. Znajduje się ono w Medyce i jest ono położone najdalej na południu Polski, więc niestety utrudnienie dla pieszych pielgrzymów jest ogromne. Ludzie z południa Polski, wsiadają w jakiś niedrogi busik do Przemyśla, potem w kolejny do Medyki i przechodzą bez żadnego problemu. Podobno wraz z Euro 2012, sytuacja na granicach miała się zmienić  i na pozostałych przejściach granicznych było planowane zrobienie pieszych przejść. Projekt odszedł w niepamięć, bo po co to komu? Kto to widzi?

Po Euro został jedynie niesmak, bo woleliśmy prowizorycznie dokleić parę kilometrów obiecanych autostrad, wyremontować kilka dworców na pokaz, zbudować parę stadionów, by móc potem do nich dokładać kasę. Myślałem, że Euro stanie się pomostem przybliżającym relacje Polski z Ukrainą. Miałem nadzieję, że nasze kraje uczynią więcej, by pogłębić dialog między naszymi narodami, że będą podjęte starania, by przybliżyć nasze kraje i przypomnieć, iż bliżej nam kulturowo do Ukrainy, niż do Niemiec, czy innych krajów zachodnich. A tu nic w tej sprawie nie uczyniono.

 Zrobiono jedynie wielkie show, które się skończyło. My mamy swoje problemy, Ukraina ma swoje. Czar Euro prysł i gdyby zapytać rodaków - ,,Z czym kojarzy Ci się Ukraina””? - większość odpowiedziałaby, że z chłopcem ubranym w żółto niebieski strój o imieniu Slavoj. Ot tak teraz uczą nas współczesne media. Pokazują nam wiele, ale nie bardzo wiemy, co to ma wspólnego z praktyką. I wracając do pieszych przejść granicznych, gdyby one pojawiły się odwiedzalibyśmy na piechotę Ukrainę częściej, dużo częściej, chociażby po tańszy alkohol i papierosy, poznając przy okazji uroki tego wspaniałego kraju. 

Darek zapłacił więcej za podróż z Katowic do Warszawy, niż za bilet autokarowy z Warszawy do Lwowa i z powrotem. Zapewne najtaniej kosztowałoby go wybrać się z Katowic do Lwowa i z powrotem, ale wówczas my zapłacilibyśmy  o wiele więcej. Jak wyszło, tak wyszło. Ktoś musiał, przepłacić, żeby inni mieli taniej - współczesne zasady kapitalizmu.

 Znaleźliśmy towarzysza w określonej knajpie, gdzie piwo nie kosztowało tak dużo. Pogadaliśmy trochę, bo długo się nie widzieliśmy. Gdy czas zaczął nas gonić, wyszliśmy z knajpy. Mariola koniecznie chciała kupić hrywny jeszcze w Warszawie. Tak się składało, że obok naszego baru był kantor, jednak tam mieli jedynie 80UAH. Pani z kantoru poleciła nam iść na Dworzec Centralny i tam zakupić, bo wiedziała, że tam będą. Poszliśmy na Centralny i tam kupiliśmy wystarczającą hrywien, jednak już po minimalnie wyższym kursie. Spod centralnego wsiedliśmy w autobus, który zawiózł nas na Dworzec Zachodni. Tam mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc zahaczyliśmy jeszcze o knajpę i potem znaleźliśmy nasz autobus. Duży zielony autokar i obsługa identyfikowała każdego, a potem zabierała bagaż do przewiezienia. Udało nam się dogadać, abyśmy mieli miejsca na tyle. Byliśmy zadowoleni, że mieliśmy tyle luzu. Do każdego z osobna podchodziła osoba z obsługi sprawdzając, czy mamy ważny paszport. Pan weryfikujący dokumenty spojrzał na naszą trzyosobową ekipę i zapytał, czy nie będziemy śpiewać? Odparliśmy, że nie, ale rozmawialiśmy tak głośno, że pani, która siedziała przed nami na najbliższym postoju ,,wyemigrowała’’ gdzieś na przód. Mijaliśmy nasze strony - Garwolin i Ryki, jadąc trasą nr 17. Zatrzymaliśmy się dopiero w okolicach lubelskich, w knajpie Bida, przed Lublinem. Jedzenie jest tam drogie, bo za zupę trzeba zapłacić 10zł (!). Kierowcy przestrzegali nas, aby nie zamawiać jedzenia składającego się z dwóch dań, bo ciężko jest w wyznaczonym czasie zjeść pierwsze danie. Zamówiłem zupę serową i jedliśmy ją razem z Mariolą i jeszcze zostało. Minęliśmy pięknie oświetlony Lublin, który jest partnerem Lwowa. Nocą Lublin wyglądał przepięknie, jechaliśmy za granice kraju, a być może tyle atrakcji czeka na nas w pobliskim Lublinie? Gdy blask Lublina zamienił się w mrok nocy, postanowiliśmy przekimać się trochę.

Mariola zrobiła nam pobudkę, bo zobaczyła, że przed nami granica. Na niej jak zawsze wszystko się dłuży. Wszedł polski celnik, zabrał nam paszporty i na wyrywki wybierał sobie osoby, którym kazał się wyprostować, bo nie mógł ich porównać ze zdjęciem w paszporcie. Gdy celnik wziął paszport Darka, spojrzał na niego i zadał mu pytanie dotyczące miejsca urodzenia – ,,Urodzony w… ? ‘’ - zadał pytanie celnik. Darek odparł – ,,W 197x… roku - ,,Urodzony w…?’’ – ciągnął dalej celnik, myśląc, że dowie się, gdzie urodził się Darek – ,,W kwietniu’’ – ,,A dokładnie?’’ – 2x-tego.Cały tył się śmiał, że Darek zrobił sobie jaja z celnika. Gdy standardowa kontrola minęła, czekała nas podobna, po stronie ukraińskiej, tyle, że o wiele szybsza bez większych problemów. Zasnęliśmy ponownie, a nasz sen nie trwał długo. Do Lwowa zajechaliśmy bardzo wcześnie. Mieliśmy podobne wrażenie, że znów wjeżdżamy do Lublina. Pięknie oświetlone uliczki i szyldy z cyrylicą. Nie można było się pomylić, to był właśnie Lwów, śpiący Lwów. Wysiedliśmy obok Głównego Dworca o 3:00 w nocy  (04:00 czasu ukraińskiego). Autobus przyjechał dużo przed czasem, a nasze mieszkanie dostępne  było od 10:00. Co robić przez tyle czasu? Z początku wydawało się, że czas minie nieubłaganie i można było mieć takie wrażenie. Widok Dworca nocą wynagradzał nam wszystko.


 Wrześniowa noc była bardzo ciepła i nie padało, napawaliśmy się w ten czas tylko dworcem robiąc mu setki zdjęć, pomimo tego, że nie był w stu procentach oświetlony. Wysiadając z autobusu, miałem jednak wątpliwości, czy zajechaliśmy do Lwowa, na Stret view i w naszym przewodniku, na Dworcu był napis Львiв, a teraz jest tam Вокзал. Przyznam, że oczekiwałem Dworca z napisem Lwów, tamten napis dużo bardziej mi się podobał. Stoimy sobie jednak przed budynkiem dworca, robimy zdjęcia, w pewnym momencie zrobiłem fotkę towarzyszom stojąc plecami do naszego obiektu zainteresowania i dostrzegłem dziwną plamkę na wyświetlaczu aparatu.


Zrobiłem cyfrowe zbliżenie zdjęciu i plamka zaczynała przybierać większe rozmiary, przypominające posturę leżącego człowieka. Pokazałem przyjaciołom to miejsce i mówię, że tam w ciemnościach leży biedny człowiek, a oni mi nie wierzą, że ktokolwiek mógłby spać w parku, tym bardziej na ziemi. Bez namysłu podchodzę bliżej, fleszem rozjaśniam mrok panujący w parku i towarzystwo zdziwione, bo mi nie uwierzyło. Człowiek sobie spokojnie leżał obok wiklinowego kosza na ziemniaki. Widzimy, że czas nie leci tak szybko jakbyśmy chcieli, staramy się udać w stronę centrum. Przydałoby się zahaczyć o jakiś sklep spożywczy, ale ja nawet nie miałem przy sobie gotówki. Mijając pierwsze rondo dopiero napotkaliśmy bankomaty. Uznałem, że nie będę wymieniał swojej gotówki w kantorze. Za namową doświadczonych turystów na tę wyprawę zabrałem plastik.


 Włożyłem plastik do pierwszego bankomatu, ale ten uznał, że mi nie da pieniędzy, bo sam ich nie posiada. W drugim bankomacie chciałem wypłacić konkretną sumę hrywien, jednak bankomat ,,zapytał’’, czy może być ich mniej. Na to pytanie odpowiedziałem twierdząco, bankomat zabrzęczał, zapiszczał i wypluł  500UAH, niestety w banknotach po 20AH.  Zaczęły się komentarze w moją stronę, że mogłem się nie bawić z bankomatami, tylko wymienić swoją kasę w kantorze. Jednak nie żałuję, że wziąłem plastik. Po kilku dniach dopiero się przekonałem, jaki to jest komfort wypłacać pieniądze w bankomacie w centrum, a nie na jakiejś ciemnej uliczce. Tak więc schowałem 25 banknotów do portfela i ruszyliśmy dalej. Było to pierwsze i nie ostatnie zaskoczenie, ze strony Ukrainy, bo w Polsce nie spotkałem się z przypadkiem, aby bankomat wypłacał pieniądze w mniejszym nominale niż 50zł. Powoli snuliśmy się szeroką ulicą narzekając na zmęczenie, niewyspanie, gdy napotkaliśmy na pierwszy otwarty nocny sklep. Sklep niczym nie różniący się od naszych polskich sklepów poza produktami. Na posilenie kupiliśmy sobie po litrowym piwie, ale nie pamiętam, czy tu udało się kupić słynne kalmary, które zostały ochrzczone przez nas morszczukami na wcześniejszych wyprawach. Pani kasjerka wydała mi normalnie resztę, ale koledze nie mogła wydać 50 kopiejek, więc dostał od niej dwa cukierki. Przydałby się prysznic i trochę snu, a my mieliśmy jedynie do dyspozycji jeszcze długą noc pod gołym niebem i na drzemkę wybraliśmy pobliski obok cyrku i Soboru św. Jury ?? Marudni marzyliśmy już o tym, by odespać kamiennym snem ciężką podróż.


 Na ławkach rozłożyliśmy się i swoje bagaże. Spaliśmy i budziliśmy się co chwilę. Śmialiśmy się z biedaka przy dworcu, a sami nie skończyliśmy lepiej. W ciszy i spokoju otworzyłem mapę i przewodnik i po wielkich trudach znalazłem na niej ulicę Szpitalną. Znalazłem swoją pozycję na mapie i zadowolony rozpocząłem drzemkę. Miałem już przygotowaną niespodziankę, co dalej poczniemy, gdy się obudzimy. Zaczęło świtać, przyszedł jakiś pan zamiatać park, po ulicach zaczęło jeździć coraz więcej aut i żółtych autobusów zwanych marszrutkami. Są to busiki w szczególności żółte, chcieliśmy się przejechać tymi pojazdami, ale nie udało nam się. Nigdy nie mogliśmy trafić na tę, która mogłaby nas zawieźć w określone miejsce. Na próżno szukać w kioskach biletu do marszrutki, wchodząc do niej płaci się 1,5 hrywny kierowcy i jedzie dalej. Na próżno szukać też przystanków do marszrutek, zazwyczaj znajdują się one tam, gdzie stoi kilkanaście osób.

Podobno można machnąć na marszrutkę i czasami się zatrzyma. Tatiana odradzała nam komunikację tym środkiem lokomocji, ponieważ po Euro pozmieniały się ich trasy i numery, więc ciężko się jest połapać. Zawsze mieliśmy też problem z określeniem, dokąd dana marszrutka jedzie. Obiecaliśmy sobie, że następnym razem gdy pojedziemy do Lwowa, wsiądziemy w losową marszrutkę, która wywiezie nas gdziekolwiek i wrócimy na piechotę zwiedzając co nam się nawinie, bo czasem można w taki sposób fajne rzeczy znaleźć. Mariola z Darkiem powoli zaczęli wstawać wraz z wschodzącym słońcem. Obwieściłem im, że znalazłem naszą pozycję na mapie i wiedziałem gdzie iść. Podążaliśmy ulicą Городоцька wzdłuż linii tramwajowej, gdzie znów napatoczył nam się sklep z wielkim szyldem „ПРОДУКТЫ”. Zostało nam z pół kilometra pieszo do miejsca, gdzie prawdopodobnie mieliśmy mieć zakwaterowanie. Byliśmy zaskoczeni, gdy zobaczyliśmy samochód Zaporożec i kobiety, które wczesnym rankiem sprzedawały świeże mleko, podczas gdy większość sklepów, była jeszcze zamknięta.


Znaleźliśmy ulicę Szpitalną , znaleźliśmy numer domu, więc śmiało w „studni budynku” zagościliśmy się siadając na betonowym murku, mając przed sobą kosz zrobiony z pudełka po butaprenie.

Wpatrywaliśmy się też w szablon, który przestrzegał nas przed tym, by nie mówić po rosyjsku.

Darek zapytał, czy to tu będziemy mieszkać? Sprawdziłem dla pewności zapisany adres i okazało się, że jednak dom dalej, tak więc po cichu wyemigrowaliśmy i siedliśmy na rogu sklepu chemicznego.

Czas się dłużył, a mieszkanie miało zostać zwolnione przez wcześniejszych właścicieli o godzinie 10.00. Siedzieliśmy zmarnowani na wspomnianych schodach, gdy podeszła do nas starsza kobieta i zapytała skąd jesteśmy.

 

Gdy usłyszała odpowiedź, ucieszyła się, że nie jesteśmy tutejsi i zaproponowała nam mieszkanie. Byliśmy zdumieni tym faktem, że ktoś zaczepia nas na ulicy i pyta, czy nie potrzebujemy lokum.

Musieliśmy odmówić, została nam niecała godzina do umówionego mieszkania, podziękowaliśmy pani za troskę i na wszelki wypadek poprosiliśmy ją o numer telefonu, gdybyśmy jednak zmienili zdanie. Pani wyciągnęła białą karteczkę z zapisanym numerem mówiąc, że możemy w każdej chwili do niej zadzwonić i na wszelki wypadek zachować numer, gdybyśmy jeszcze raz chcieli odwiedzić Lwów. Powoli sklepy zaczęły się otwierać, przeproszono nas, byśmy zrobili przejście otwierającym sklep, na schodach, które zajęliśmy.


Zadzwoniłem do pani Aleksandry, właścicielki mieszkania, kazała nam czekać pod domem. Gdy wybiła godzina 10.00 poprzedni właściciele opuścili kwaterę i weszliśmy w ciemną klatkę schodową naszego budynku, wchodząc do upragnionego mieszkanka. Aleksandra robiła porządek po wcześniejszych lokatorach, pytając o podróż i czy napijemy się kawy. Odparliśmy, że kawy nie pijemy, tylko herbatę, ale nie wiedziała o co nam chodzi. Siedliśmy do stołu, na którym we wrześniu stała choinka (!) We wrześniu.


Mariola wyciągnęła ze swojej torby paczkę z herbatą i pokazała pani Aleksandrze. Wtedy wreszcie do niej dotarło, że ЧАЙ będziemy pić. Gdy czajnik na gazie zaczął gwizdać, gospodyni zalała nam herbatę, po czym siedliśmy wspólnie do stołu załatwiając wszelkie formalności za mieszkanie. Aleksandra życzyła nam miłego pobytu i zniknęła w mroku klatki schodowej, przestrzegając nas tylko, abyśmy zawsze zamykali nasze drzwi.

Rozpakowaliśmy się i wypakowaliśmy nasze jedzenie do lodówki, nareszcie była okazja, by zdrzemnąć się trochę. Podczas naszej drzemki pogoda nieco się zepsuła. Z Mariolą postanowiliśmy wybrać się zwiedzić okolicę i przy okazji kupić ukraiński starter z numerem. Ledwo co odeszliśmy od domu dwieście metrów, gdy zaczepiła nas młoda dziewczyna ubrana w firmowe ciuchy, reklamujące sieć telefonii komórkowej Kiev Star. Szczerze mówiąc polecano mi kupić numer w sieci Life, ale kupiliśmy numer Kievstar za 10UAH.


 Postanowiliśmy znaleźć rynek. Strasznie padało, więc śpieszno nam było wrócić do domu, ale pomimo tego chcieliśmy zobaczyć, gdzie znajduje się "Kryjówka". Knajpa ukryta w piwnicy kamienic, do której nie prowadzą żadne szyldy. Znaleźliśmy wielkie dębowe drzwi i patrzyliśmy, jak ktoś będzie wchodził. Podeszła dwójka osób, zapukała w drzwi, drzwi się otworzyły i naszym oczom ukazał się umundurowany człowiek z wielką pałką u boku i krótkofalówką w ręce. Zapytał o hasło i wpuścił parę przed nami. Mariola trochę się przestraszyła, ale mówiła, że pójdzie tam z nami jeżeli będziemy szli. Znaleźliśmy kiosk i kupiliśmy doładowanie do naszej sieci za 40UAH. Dałem dwa banknoty dwudziestohrywnowe i chciałem odejść,  jednak pani w kiosku krzyknęła, że należy się jeszcze 2UAH.Spojrzałem na cennik i dowiedziałem się, faktycznie karta o wartości 40UAH kosztuje tutaj 2UAH drożej, tak samo też jest w innych sklepach. Wróciliśmy do domu i zdaliśmy raport Darkowi, który jeszcze odpoczywał w mieszkaniu. Zjedliśmy obiad z torebki i z wyruszyliśmy na miasto przejść się trochę. Nie robiliśmy dużego peletonu pierwszego dnia, byliśmy zbyt wyczerpani podróżą. Udaliśmy się Prospektem Wolności na rondo, gdzie znajduje się pomnik Adama Mickiewicza. Smak po Euro unosił się jeszcze w powietrzu, edycja Snikersa i butelek z piwem, wódką ale i wiele innych produktów nawiązywało do tego wydarzenia. Nawet napotkaliśmy logo Euro ułożone z kwiatów na Prospekcie Wolności. Reklama lokalnego piwa stanowiła niemałą atrakcję. Dzień zaczynał chylić się ku zachodowi, a my wróciliśmy na kwaterę spędzając w niej resztę wieczoru.


Postanowiliśmy jeszcze zrobić zapas piwa na wieczór i gdy doszliśmy do sklepu na rogu Szpitalnej z Krakowskiem bazarkiem, przed nosem zamknięto nam sklep, wskazując palcem godzinę zamknięcia. Błagaliśmy, żeby nas wpuszczono, ale ekspedientka stanowczo nas spławiała. Podczas naszego błagania, pod drzwi podszedł brudny żul i jemu sklepowa uchyliła drzwi. Zdegustowani i bez słowa poszliśmy szukać innego sklepu, skoro w tym nas tak potraktowano. Mieliśmy zaplanowane, że w tym sklepie zrobimy spore zakupy wracając do domu, jednak dzięki takim praktykom, wybraliśmy inny sklep.


Oficjalny drugi dzień we Lwowie rozpoczął się dla nas o godz. 11.00 czasu lokalnego.


Na pierwszy cel obraliśmy sobie górę Високий Замок. Widać ją z każdego końca Lwowa. W nocy góra Wysokij Zamok, a raczej znajdujący się na niej nadajnik, jest nocą przepięknie oświetlony. Wybraliśmy się więc ulicą Городоцька, idąc wzdłuż torów kolejowych szukaliśmy najlepszego dojścia na górę. Wybraliśmy jednak inną drogę, niż sugerował przewodnik. Minęliśmy w biegu Operę i bazar znajdujący się za nią. Minęliśmy teatr dla dzieci. Całkiem przypadkowo znaleźliśmy tak samo nazywającą się firmę śmieciarską jak nasz lokalny klub sportowy.


Swoją drogą, chciałbym polecić nasz rodzimy klub sportowy AVE Krzywda, bo wcześniej na stronie nie było ku temu okazji.


Minęliśmy znaki kierujące nas na Kijów i byliśmy niedaleko od wejścia na górę Wysokij Zamok. Oczywiście wytyczając własną trasę musieliśmy przejść przez jakieś skromne osiedle, ale mając na widoku szyld jakieś lwowskiej telewizji, głośno to komentowaliśmy.

 Usłyszeliśmy gdzieś w oddali głos – A u was jaka jest telewizja? – Polska Telewizja, TVP – No nareszcie swoi, rzadko mam tu okazję z kimś porozmawiać. Pan zatrzymał nas bo usłyszał polską mowę, bardzo się ucieszył, że mógł nas spotkać i usłyszeć od nas aktualne wieści z Polski. Opowiadał nam w zamian, co słychać tutaj i jak najszybciej przedostać się na Wysokij Zamok. Rozmawialiśmy z nim dobre 20 minut i żal było się rozstać. U podnóża góry rozpoczęliśmy wspinaczkę mijając grupę milicjantów. Góra jest wspaniałym parkiem, który nie tylko pozwala sprawdzić swoje możliwości fizyczne, ale i miejscem, które cieszy oko. Wszędzie zieleń i czysto.

 

Po wdrapaniu się na sam szczyt, zmęczeni rozłożyliśmy się na ławkach. Przepiękna panorama Lwowa wynagradzała nam wysiłek i czas poświęcony na wdrapania.




Ostatni raz spojrzeliśmy na trzepoczącą flagę Ukrainy, a legenda głosi, że w tym miejscu będzie jeszcze kiedyś powiewać polska flaga i zaczęliśmy schodzić na dół.

Zatrzymaliśmy się przy ruinach, zrobiliśmy parę fotek i udaliśmy się dalej.


Krętą drogę, którą raczej turyści nie chadzają, mieliśmy okazję schodzić. Napotkaliśmy na dziwnie zamaskowane wrota, z drugiej strony góry. Zastanawialiśmy się, co może znajdować się po drugiej stronie.


Teraz żałuję, że nie zaryzykowaliśmy wejścia. Być może tam było to: LINK. Minęliśmy barokslepik na uboczu i linię kolejową we Lwowie. Dopiero po pokonaniu w sposób alternatywny trasy zupełnie nie planowanej naszliśmy na jeden z zabytków w przewodniku Dawną Fabrykę Wódek i Likierów Baczewskiego.


Dużo chodzenia, aby ją zobaczyć i na dodatek zero możliwości wykonania dobrego kadru na gorzelnię, bo cały czas jeździły samochody.


Dzielnica w jakiej się znaleźliśmy, stwarzała fajny klimat, było trochę opuszczonych budynków, ale w większości wszystkie były pustościanami.




Zaszliśmy na pocztę, by wysłać pocztówki dla znajomych. Oczywiście zaoszczędziliśmy kilka hrywien robiąc to na poczcie na uboczu, a nie w centrum Lwowa.



Wracając w stronę lokum, mijając duże skupisko ludzi (czyt. przystanek) jakiś pan w podeszłym wieku słysząc naszą mowę, zaczepił nas. Zapytał nas, czy jesteśmy Polakami. W jego oczach pojawiły się łzy, gdy usłyszał pozytywną odpowiedź. Co prawda, jego polski był kiepski, ale po tym człowieku widać było, że się bardzo starał, by wdać się z nimi w dialog. Opowiedział nam swoją historię życia, historię swojej rodziny… Wzruszyliśmy się słuchając tej opowieści. Gdy przyszła pora rozstania, było nam strasznie głupio, pan nas żegnał płacząc i całując nam dłonie. Tak bardzo widać było w tym człowieku, jak tęskno mu za krajem swoich przodków. A nam w Polsce na co dzień teraz przychodzi żyć, życiem celebrytów, a nie rzeczami istotnymi dla kraju. Czy naprawdę trzeba coś utracić, by docenić wartość tego, co się posiada? Rozstaliśmy się z tym panem, który zapisał nam nawet adres w notesie, byśmy go mogli odwiedzić, kiedy tylko chcemy. Mieliśmy teraz w myślach, jak ważna jest Polska, dla niektórych ludzi tu mieszkających.


Szliśmy teraz do Pomnika Ofiar Getta, by jak najszybciej dotrzeć na kwaterę. W jednym z opuszczonych budynków zajrzeliśmy przez okienko i ujrzeliśmy elegancko, choć prowizorycznie zastawiony stół.





Gdy doszliśmy do pomnika, postaliśmy tu chwilę.


Następnie ruszyliśmy dalej śladami przewodnika, jednak coś poknociliśmy i wybraliśmy własną ścieżkę mijając malownicze uliczki i widoki, których trudno szukać u nas.


I nie bacząc na to jeszcze przyszło nam zobaczyć, ale zmęczenie sięgało zenitu.




I na wesoło, całkiem swojsko, bo polsko.

 

Doczłapaliśmy się na kwadrat i w drzwiach naszej kamieniczki nawiązaliśmy konwersację z panią, która handlowała różnościami.


Okazało się, że również język polski nie jest jej obcy i pogadaliśmy sobie niedługo. Darek kupił u niej sznurówki, a że w domu kończył nam się papier toaletowy, znalazła się możliwość zakupienia go u tej pani. Chciała nam wręczyć go darmo i z trudem przekonywaliśmy ją, że przecież ona nie może tak charytatywnie rozdawać swojego towaru, nawet jeśli kosztuje niewiele. Gdy obejrzałem dokładnie zakupiony produkt dostrzegłem, że pochodzi on z Charkowa. Skojarzyło mi się z Wową z Charkowa i tego samego wieczoru wrzuciłem papier na FB, a Wowa poprosił mnie, bym kupił mu jedną rolkę . Niestety na drugi dzień tej pani już nie było i nie przywiozłem tego papieru Wowie.

 

Wyruszyliśmy ponownie na podbój Lwowa, tym razem od frontu mieliśmy okazję popodziwiać Teatr Wielki Opery i Baletu  i zrobić sobie trochę zdjęć przy fontannie naprzeciwko opery.

Zbliżała się pora obiadowa, więc wypadało coś zjeść. Z wcześniejszych wypraw na Ukrainę znaliśmy knajpę Puzata Chata, która jest lokalną siecią restauracji, serwującą narodowe dania.

Jak zawsze weszliśmy, na tackę nałożyliśmy sobie wybrane przez nas dania i szliśmy do kasy.

Tym razem dane mi było skosztować chłodnik i pierożków… nie pamiętam z czym, do tego jasny Obołoń 0,5l.

Wystrój restauracji super, obsługa dużo milsza niż w Kijowie, pełny obiadek z piwem można tu zjeść za ok. 40UAH (niecałe 20zł). Udaliśmy się na spacer mniej znanymi uliczkami, ale pięknymi.

Napotkaliśmy również starego poczciwego Fiata 126 p.

Darek miał chęć zakupić sobie jakąś płytę CD w sklepie muzycznym, jednak to zadanie przerosło nasze możliwości, nigdzie bowiem nie widzieliśmy tego typu sklepu. Darek nie chciał kupić sobie nielegalnej płyty. Zapytaliśmy przechodniów więc, gdzie znajdziemy sklep muzyczny? Odparli, że na ul. Kopernika. Udaliśmy się na wskazaną ulicę i znaleźliśmy muzyczny, ale z instrumentami. Kolejni przechodnie skierowali nas do Galerii Magnus na drugie piętro, tam sklepu z muzyką ani śladu. Zmarnowaliśmy pokaźną ilość czasu na szukanie sklepu z płytami.

Nocą wyruszyliśmy do knajpy, w której wypatrzyliśmy piwo lane za 5UAH. Przeszliśmy pieszo pół miasta rozkoszując się nocnym Lwowem.


Gdy dotarliśmy pod knajpę, zastaliśmy przed nią stojący polski autokar na otwockich blachach. W środku tłoczno, gwarno i słychać polskość. Przed nami pani z barmanem robiła szwindel wymieniając na lewo gruby plik pieniędzy, chcieliśmy wejść na górę, ale powiedzieli nam, że zajęte. Z bananem na ustach mówiąc, że gościło tutaj ponad sześćdziesięciu Polaków. Usiedliśmy za brudnym stołem, jednak najczystszym ze wszystkich i czekamy, że ktoś sprzątnie ten burdel nam sprzed nosów.  Obawialiśmy się, że w każdej chwili ktoś może również przyjść i wyprosić nas od stołu, bo w kieliszki nalana była wóda i otwarta Bonaqua do popicia. W końcu Darek wysłał mnie, abym poprosił kelnera, żeby sprzątnął śmietnik. Piwo nam ciężko przechodziło przez gardła.

Zjawił się kelner i zabrał talerze z jedzeniem pozostawiając wódkę w kieliszkach. Spoglądając na panów siedzących po naszej lewej stronie dało się słyszeć jeden bełkot polsko-pijacki. Podszedł do tych dwóch panów kelner prosząc o należne 50UAH, a nasz rodak wyjął nos z kieliszka mówiąc – Co się spinasz brachu, sześćdziesiąt dostaniesz. Po chwili przyszli inni, zabrali panów za bary i władowali gości do polskiego autokaru, po czym autokar odjechał w siną dal. Darek zdenerwowany, że kelner nie przychodzi i nie zabiera kieliszków, zaczął bacznie im się przyglądać. Wreszcie stwierdził, że w kieliszkach chyba nie znajduje się wódka. Na ściance kieliszka były bąbelki, a widział ktoś kiedyś na ściance kieliszka z wódką bąbelki? Chwycił więc ten kieliszek w dłoń i powąchał. Woda. No to nieźle się bawili nasi rodacy.



W knajpie zostaliśmy tylko my i dwóch Ukraińców. Ukraiński niestety jest nam dość dalekim językiem, ale dało się zrozumieć, że raczej miło o nas nie mówili. Dopiliśmy piwo i drugiego nie zamawialiśmy, Darek kupił sobie w nocnym na drogę, a mi już starczyło.

Ponabijaliśmy  się ze znaku przejścia dla pieszych, który jest trochę inny niż u nas i robiliśmy sobie zdjęcia z nocnym Lwowem. Z miejsca, w którym się znajdowaliśmy doskonale było widać oświetloną wieżę na górze Wysokij Zamok.



Wróciliśmy z baru i na klatce schodowej naszego domu w ciemnicy klatki schodowej ujrzeliśmy ducha. Ciemne kształty kobiety, które znikły, gdy wyjrzeliśmy ponownie ze swojego domu. Odpoczywaliśmy na wyrkach przy otwartych oknach, gdy nagle dało się słyszeć wracających ludzi z baru, jeden z nich zaczął na całe gardło krzyczeć „Slawa Ukrainie… hej… hej…” i między nimi pojawił się temat, czy iść do kryjówki, czy nie?

Z wielką radością powitaliśmy sobotni poranek. W studni budynku ktoś wywiesił pranie. Poszewka na kołdrę, pierzynę z wielką dziurą przypomniała mi dzieciństwo. Wielu osobom, którym pokazywałem zdjęcia nie wiedziało o co chodziło z tą dziurą w poszewce. Widocznie byli za młodzi.


Tym razem dzisiejszego dnia zaplanowaliśmy odwiedzić Gaj Szewczenki. Udaliśmy się na piechotę, by dojść do linii tramwajowej, która dowiozłaby nas pod wejście do gaju. Udało się wsiąść dopiero przy  klasztorze Benedyktynów. Na próżno szukaliśmy biletów w kioskach, każdy nam wskazywał, że bilet należy zakupić w tramwaju. Kiedy nadjechał, wsiedliśmy, położyliśmy należność za bilety na ręczniku i tęga pani dała nam trzy bilety. Dojechaliśmy na przystanek, który chcieliśmy i wysiedliśmy.


Mieliśmy jeszcze  do przejścia około kilometra. Zastaliśmy bramę do Gaju Szewczenki. Kupiliśmy trzy bilety plus do tego jeden bilet, dzięki któremu mogliśmy robić zdjęcia. Przekroczyliśmy bramę skansenu i drogę przebiegła nam wiewiórka.


Udaliśmy się do pierwszego zabudowania, w którym znajdowało się muzeum dawnych przedmiotów codziennego użytku i zabawek.

 

Dochodząc do domu zaważyliśmy małe kotki, niestety bały się nas, ale w środku na krześle wylegiwały się stare piecuchy, które dawały się głaskać ile tylko się chciało. Po rozmowie z opiekunami domu dowiedzieliśmy się, że kotki piją codziennie świeże mleko od krowy i dobrze im się tu powodzi, trzymane są tu ze względu na myszy, które pewnie harcowałyby tu często, gdyby ich nie było. Udaliśmy się za ten dom w stronę zamkniętej, drewnianej cerkwi, przez chwilę dało się poczuć klimat stalkera.

Idąc tym razem wytyczonym szlakiem dało się zajrzeć do domu bardzo starego z Bojkowszczyzny. Można też było zerknąć do obórki ze zwierzętami. Podziwiając uroki skansenu przystawialiśmy przy kolejnych domkach. Znaleźliśmy też stragan cyrkowy rodem z CCCP.

 Doszliśmy do cerkwi, ale postanowiliśmy odwiedzić ją w drodze powrotnej.

Zajrzeliśmy do kolejnego dawnego domku, który był otwarty, ale wejście do komnaty było zablokowane. Fleszem aparatu rozjaśniłem pomieszczenie. Gdy zrobiłem zdjęcie, w zupełnej ciemnicy ujrzałem posturę starszego człowieka.

Kazałem Darkowi rozejrzeć się po pokoju, a zobaczy ducha. Darek rozglądał się i nikogo nie zobaczył, ale gdy powiedział buu… coś się odezwało i odpowiedziało uuuu…. Był to starszy pan strzegący domku. Opuściliśmy domek myśląc, że kolejną część Paranormal Activity nakręcą właśnie we Lwowie. Staliśmy później na rozdrożu i nie wiedzieliśmy, gdzie pójść. Sugerowałem, by udać się w lewą stronę i skrócić podróż, ale dym wydobywający się z budynków bardzo nas zainteresował, jak się okazało znaleźliśmy kuźnię, w której kozaccy kowale wykuwali broń. Mieliśmy ich szybko opuścić, ale namówili nas na pierogi z kartoflami (nie ruskie, pierogi z samymi kartoflami) i grzane wino.

Nie kosztowało nas to krocie i było bardzo smaczne, pogoda niestety przestała nam dopisywać i pojawiały się przelotne opady. Oczekując na jedzenie, robiliśmy sobie z kozakami fotki, śmialiśmy się i cieszyliśmy wakacjami.

Kozak, który miał charakterystyczne włosy, specjalnie z dżinsowych ciuchów, przebrał się dla nas w strój Kozaka.

Udaliśmy się dalej zwiedzać resztę domków, przeważnie zamkniętych. Niestety zamiast XIX - wiecznego dworku, zastaliśmy pozostawione pogorzelisko po pożarze.

Pięknie i ciekawie to było, ale padał deszcz, dlatego uznaliśmy, że wiele zobaczyliśmy i możemy już się zwijać do domu. Jednak coś mnie podkusiło, żeby zajrzeć na podwórko na skarpie. Weszliśmy do małego białego domeczku i nagle rozpadał się jeszcze większy deszcz. Siedząc w schronieniu zaczęliśmy rozmawiać z panią Aliną, starszą panią, która jest opiekunką tego domu. Przesiedzieliśmy u niej półtora godziny i przegadaliśmy, bo doskonale mówiła po polsku. Dowiedzieliśmy się, że to jest jej "drugi dom". Pracuje tu ponad 35 lat i gdy kończy pracę, wraca do swojego prawdziwego domu, a gdy udaje się ponownie do pracy tutaj traktuje ten dom, jak swój własny, do którego przychodzą ciągle goście, by ją odwiedzić. W wolnych chwilach czyta tu książki i uczy się języków, obecnie zna pięć, co na osobę w takim wieku jest nie do wyobrażenia. Oczywiście, swoją sprawność językową może sprawdzić z turystami, którzy tu czasami zaglądają i dają się zaczepić, aby pogadać. Wypytywała nas dokładnie o Polskę i o to co się u nas dzieje, o dawnych artystów muzycznych i nastroje polskie.

 Nie śpieszyło się nam, więc nie uciekaliśmy od niej, jak przylepka zagadywała nas byśmy spędzili z nią jak najwięcej czasu. Pozwoliła nam nawet wejść za barierkę, by dostać się do pokoju i móc zrobić lepsze zdjęcia. Żal było się rozstawać z panią Alinką, ale pogoda zrobiła się ładna, więc udaliśmy się zwiedzać dalej, skracając sobie spacer. Co jakiś czas w tym gaju napotykaliśmy panny młode na sesji ślubnej. Park jest naprawdę wspaniały, więc nie dziwię się, że przyjeżdżają tu na sesje. Do ciekawostek należy też zaliczyć to, że przybywają tu również pary narzeczonych. Można ich też poznać, ale już po innym stroju - są ubrani w ludowy strój. Poszliśmy na tramwaj i wracaliśmy nim do domu, sącząc brunatny napój. Pokazałem koledze, że zaraz będzie stała milicja. A on na to – ,,O kurde, ale stara Łada’’ – z tyłu jednak również w doskonale polskim języku dane nam było usłyszeć odzew mistrza ciętej riposty – ,,U was to wszystko najlepsze’’. Tak wystraszyliśmy się tą groźbą, że przejechaliśmy jeden przystanek za daleko, ze strachu i musieliśmy wrócić pieszo.

W domu odpoczęliśmy, bo dzisiejszego wieczoru mieliśmy się spotkać z Tatianą, która pomagała nam w załatwieniu wszelkich formalności, tu na miejscu. To dzięki niej zagościliśmy we Lwowie i dzięki jej opowieściom o tym wspaniałym mieście zdecydowaliśmy się udać tu na wakacje.

Umówiliśmy się pod operą przy fontannie.

Udaliśmy się na miejsce przed czasem i czekaliśmy na Tatianę, która miała się zjawić z koleżanką Ireną – ,,Ty, a jak wygląda ta Tatiana?’’ – zapytał Darek – ,,A bo ja wiem? Normalna, jak każda Ukrianka, ma dwie, ręce, nogi i pewnie piękne oczy, ale może się okazać, że to jest nawet facet z jajami’’ – odparłem. Nigdy wcześniej nie prosiłem Tatianę o jej zdjęcie, nawet jej głosu nigdy nie słyszałem na Skype`e czy przez telefon. Ciekawie się z nią pisało przez komunikator i to wystarczyło, by zaufać tej osobie – ,, Będzie dobrze, może to nie bandziory’’ – odparłem i uśmiechnąłem się. Czekaliśmy przy fontannie i minuty strachu odliczaliśmy na zegarach. Po chwili podeszły do nas dwie dziewczyny i z daleka zaczęły nas witać. Kamień spadł nam z serca. Okazało się, że Tatiana to miła, uśmiechnięta dziewczyna, która była rzeczywistym odbiciem osoby, zarówno z wyglądu, jak i usposobienia, która ze mną pisała przez Skype. Udaliśmy się do Kryjówki, aby przekonać się, czy jest się czego bać przekraczając próg Dębowych drzwi, tajemniczego baru?

Криївкa - Kryjówka

Szybko udaliśmy się na rynek. Znaleźliśmy dębowe drzwi i Tatiana zapukała. Otworzyły się owe drzwiczki i oczom naszym ukazał się w pełni umundurowany człowiek, z pałą i krótkofalówką do komunikacji. Zapytał  o hasło, które brzmiało: „Слава Україні!”, a odzew powinien od niego brzmieć: „Героям славa”. Dostaliśmy pytanie, który raz tu jesteśmy. Odparliśmy, że pierwszy. Mundurowy wyciągnął zza pasa manierkę wypełnioną horilką i do metalowego kieliszka wlał trochę jej zawartości i kazał wypić. Wypiłem pierwszy i w żołądku zrobiło się przyjemnie ciepło. Mariola wypiła zaraz po mnie, zachłysnęła się i zapytała, co to jest? Żołnierz podniósł oczy na nią i poważnym głosem odparł – ,,To jest trutka dla moskalików’’. Marioli oczy przeistoczyły w monety pięciozłotowe i po cichu zapytała, czy naprawdę, ten pan chce nas otruć? Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że jeśli nie jest moskalską, to nic jej się nie stanie. Otworzyły się przed nami kolejne drzwi i zeszliśmy krętymi schodami na sam dół. W głośnikach kryjówki, leciała klimatyczna muzyka, po czym zajęliśmy drewniany stolik i rzucono nam na stół gazetkę, która była w rzeczywistości menu. Kartki gazetki przeplatały się na przemian ze zdjęciami żołnierzy UPA i zdjęciami broni. Gdy wybraliśmy sobie danie i do wypicia piwo, które nazywało się ,,Zenek’’, przyszedł kelner i przyjął zamówcie. Nasze głowy kręciły się, bo wystrój baru w rzeczywistości przypominał  prawdziwą kryjówkę. Siatki kamuflujące, plany kryjówki, lampy naftowe, zdjęcia powstańców na ścianie i prawdziwe bronie leżące po rogach… Gdy oczekiwaliśmy na danie była okazja porozmawiać z Tatiną i Irką. Kurczak w cieście okazał się bardzo smaczny. W międzyczasie podarowałem dziewczynom przywiezione słoiki z ogórkami kwaszonymi, które w podzięce podarowałem koleżankom, za pomoc w organizacji wyprawy i za zaproszenie do królewskiego miasta. Szamając jedzenie nagle ze strachu podskoczyliśmy do góry, ktoś rzucał, strzelał sobie petardami w lokalu. Co zrobić? Kryjówka, no nie? Z zaskoczenia nagle wpadła do środka kapela ludowa, śpiewając ukraińskie przyśpiewki. Pani, która grała na skrzypcach zaczepiała Moskali siedzących przy stoliku obok, ale wszystko było obrócone w formę żartu, a nie nienawiści. Podczas grania, zapytała skąd jesteśmy, odparliśmy że z Polski. Po skończeniu śpiewania wskazała palcem na sąsiadujących Rosjan i zażartowała, a potem wskazała na nasz stolik i powiedziała, że my nie śpiewaliśmy, ale żeby inni nie mieli do nas pretensji, bo my przybyliśmy z Polski.

Gdy skonsumowaliśmy jedzenie, przyszedł czas, by odwiedzić każdy zakamarek kryjówki. Najpierw udaliśmy się do RKM-ów, które nie były przywiązane do łańcuchów. Robimy sobie zdjęcia i ktoś szarpie mnie za koszulę, byśmy założyli na nasze głowy jeszcze hełmy, a na ramiona zarzucili kufaje.

Kiedyś można było jeszcze sobie postrzelać z wiatrówki z 5UAH do portretów Lenina i Stalina. Jednak obecnie zlikwidowali ten rodzaj rozrywki, bo pewnie z tego powodu mniej Rosjan przekraczało progi kryjówki. A dzisiaj byłem świadkiem, że Moskale mogą sobie spokojnie wejść do Kryjówki i wypić piwo i nawet nie zamkną ich tu w karcerze. Zrobiliśmy sobie zdjęcia z mniejszymi karabinami, które były już na łańcuchach.

Gdy chcieliśmy opuścić lokal nasz kelner się nie zjawiał. Irka poszła do baru zapytać, kto jest naszym kelnerem i otrzymała odpowiedź, że łysy, młody, chłopak, nic więcej. Ogólnie atmosfera w tym miejscu sprawia niepowtarzalny i niegdzie niespotykany klimat. Gdy wychodziliśmy z Kryjówki przed dębowymi drzwiami była ustawiona kolejka, gdzieś tak ok. 30 osób, więc widać, jakim powodzeniem cieszy się to miejsce. W Internecie jednak pojawiają się bardzo ortodoksyjne opinie, że Polacy nie powinni wchodzić do Kryjówki, a omijać ją nawet z daleka, ze względu na historię.  Historii nie zmienimy, ale pamiętać o niej trzeba. To, czy odwiedzić Kryjówkę, czy nie, zostawiam każdemu z osobna do oceny. Ja byłem w środku i zobaczyłem to, czego byłem ciekaw. Następny raz pewnie ja tam pewnie już nie wybiorę. Nikt nie wznosił za nas krwawego toastu, piwnice tej kamienicy przenoszą nas w wojenno - sielankowy klimat, który ma całkiem przyjemną atmosferę dla gościa. Knajpa nie pała faszyzmem i nie nawołuje do nienawiści, a co do Moskali, to dziś traktuje się ich nawet ulgowo i z przymrużeniem oczka. Byłem świadkiem, że kryjówkę odwiedził najbliższy przyjaciel Putina. Odwiedzenie jej z czasem dało odrobinę refleksji, by pochylić się nad kartami historii. 

 

Opuszczając kryjówkę zastaliśmy rynek oświetlony blaskiem latarni, zrobiliśmy sobie mały spacer, a Tatiana z bliska pokazywała nam uroki okolic Rynku. Nim się rozdzieliliśmy z Irką, zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkową fotkę.

 

Grał jednocześnie na harmonijce ustnej i gitarze. Muzyka bardzo podpasywała Darkowi, nawet chłopak grał mu to, co chciał. Gdy skończył grać, dał się namówić na piwo z nami. Co najciekawsze Олег, chłopak ten mając 17-lat był w Moskwie na Moscow Music Peace Festival w 1989r.  Ja wtedy miałem dwa tygodnie życia za sobą… Niestety czas mijał nieubłagalnie i musieliśmy uciekać. Pożegnaliśmy się z Tatianą i udaliśmy się do domu.

Ostatni dzień we Lwowie sprawił, że nasze miny zrzedły. Było nam żal, że zostało nam tu jeszcze kilka godzin. Rozłożyliśmy mapę na stole i zastanawialiśmy się, gdzie się udać. Mariola, która niespecjalnie zazwyczaj miała cokolwiek do wyboru, wskazała na mapie nic mi nie mówiący park. Mówiła, że tam jest romantycznie i ładnie, i że pływają tam łabędzie. Zapytałem  skąd wie, że tam tak jest. Odpowiedziała, że Tatiana pokazała jej to miejsce. Postanowiłem, że wybierzemy się tam. Wyszliśmy z Mariolą z domu i przechodząc przez pasy zobaczyliśmy obok galerii Magnus sklep z płytami. Obiecaliśmy sobie, że zrobię zakupy w nim na odjazd. Wędrując na piechotę, unikając środków lokomocji, minęliśmy jakiś bieg.

Zatrzymaliśmy się też przed wystawią sklepową z ciekawymi wzorkami butelek z wódką. Chciałem do domu zakupić sobie taką rzadko u nas spotykaną flaszkę, ale uznałem, że wydawać 80 zł butelkę 0,5l. to z deczka przesada.

 

W sklepie ,,Rukij Gastronom’’ w Warszawie, można zakupić taką flaszkę za dwukrotność ceny, ale czasami trzeba sobie odmówić krótkotrwałej przyjemności. Mijaliśmy uliczki, kamieniczki i sklepy. Znaleźliśmy piękną fontannę i weszliśmy do owego parku.

Zobaczyliśmy  tu pomnik Chmielnickiego i boisko do footballu amerykańskiego. Niebo zaczęło stroić humory. Przeszliśmy park wzdłuż i naszliśmy na płaskorzeźby podobne do tych, jakie widzieliśmy w Kijowie w muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Obok były koszary i chyba odbywała się tam przysięga wojskowa. Wojskowi nie chcieli nas wpuścić do muzeum, które znajdowało się na terenie koszar. Pozostało nam tylko odwiedzić park, który był naszym celem.

Park Stryjski był zaprawdę malowniczy, cicho w nim, czystko i nawet znaleźliśmy opuszczoną szklarnię, która mogła tu robić za lokalny ogród botaniczny. Penetruję ten niewielki obiekt z zatkanym nosem, bo kup wszędzie było co niemiara, a tu słyszę śmiech i widzę pannę młodą z zadartą suknią ślubną i pana młodego omijających ludzkie odchody by zrobić sobie tu sesyjkę. Szacun dla panny młodej, Mariola nie odważyła się tu wejść, a młodzi i szaleni zaryzykowali.

W tej szklarni niezłe wrażenie robiły piece. Potem chwilkę spędziliśmy nad stawikiem z łabędziami i kierowaliśmy się w drogę powrotną. Piechotą przeszliśmy kilka ulic i znaleźliśmy przez przypadek bazar, na identycznym ja pracuję. Weszliśmy i naszym oczom ukazały się stragany z warzywami. Starsi ludzie przynoszący tu swoje płody ziemi. Weszliśmy do jednej z budek i znaleźliśmy nawet dużo polskich produktów. Przechodząc obok stołu z mięsem dało się odczuć nieprzyjemny zapach – ,,Paweł, to mięso jest nie świeże, pracuję w mięsnym i wiem!’’ –zareagowała z wielkim oburzeniem Mariola. Ale kto się tym przejmował, jest mięso, to jest i o co chodzi. My na stare wędliny nawet nie reagujemy, gdy kupujemy je w marketach, bo mamy klapki na oczach. Bardzo mi się podobał ten bazarek, więc na stoisku podobnym, na jakim sprzedaję sam, zakupiliśmy kilka malinowych pomidorów.

Tramwaj nam niestety uciekł, dlatego powrót musiał być pieszy. Zdecydowaliśmy, że zahaczymy o Puzatą Hatę, by odzyskać siły. Zegarek nieustannie odliczał godziny do rozstania się ze Lwowem, baliśmy się, że nie starczy nam czasu, by odwiedzić Cmentarz Łyczakowski i cmentarz Orląt Lwowskich. Jedziemy, choć mieliśmy zrezygnować, ale najpierw udamy się do sklepu z płytami CD przy Magnusie, i ten który wskazała nam Tatiana.

Sklep znajdował się na ul. Gnatjuka  i były w nim płyty oryginalne, jednak żadna nie zainteresowała Darka, a to co mogłoby go zainteresować było pirackie… Spacerem idziemy Prospektem Wolności zatrzymując się jeszcze raz przy kolumnie z Mickiewiczem i udajemy się tramwajem pod cmentarz łyczakowski. Robimy zapas piwa i morszczuków w produktach. Pieszo idziemy do cmentarza, chowamy piwa i odwiedzamy cmentarz, niestety w wielkim pośpiechu. To naprawdę dziwne uczucie w innym kraju widzieć tak dużo starych, pięknych nagrobków z wyrytymi polskimi nazwiskami.

Niestety dwie lalunie, Francuzki z kolorową parasolką robiły sobie sesyjkę na cmentarzu.

Gdy szybkim krokiem obeszliśmy cmentarz dookoła, nie znajdujemy bezpośredniego wejścia na cmentarz obrońców Lwowa, choć później dowiedzieliśmy się, że było takowe. Wróciliśmy do bramy głównej, mijając zagranicznych turystów słysząc słowa: „A wiesz, że Lwów był kiedyś polski?”. Wsiadamy w tramwaj i jedziemy kilka przestanków dalej. Wysiadamy na ostatnim przystanku i idziemy drogą prawdopodobnie do bramy Cmentarza Orląt. Idąc chodnikiem, słyszymy hałas, a tu nasze dwie Francuzki przeskakiwały duży murowany płot, tylko pogratulować mądrości.

Dotarliśmy pod bramę, która była zamknięta, jednak po otwarciu haczyka w bramie wchodzimy. Wielkie wzruszenie, szeregi krzyży, na których widniały nazwiska bardzo młodych obrońców Lwowa, którzy poświęcili swoje życie za wyzwolenie i utrzymanie Kresów Wschodnich. Spotkamy pana, który pilnował tego cmentarza i który zapytał, czy chcemy zobaczyć kaplicę w środku. Otworzył nam ją i weszliśmy widząc historię cmentarza w zdjęciach, dużo złożonych wieńców z polskimi napisami. Ojczyna jednak pamięta o cmentarzu, gdy w 2005r. zakończono odrestaurowanie tej ważnej nekropoli. Chodziliśmy z opuszczonymi głowami zerkając tylko co jakiś czas na nazwiska bardzo popularne w Polsce i wiek młodych bohaterów.

Wróciliśmy do tramwaju i wróciliśmy pod kwaterę, robimy zdjęcia i powoli dochodzi do nas, że to nasze ostatnie chwile tutaj.

Zachodzimy do sklepu z grami, a tam pakiety gier, jakie się nam nigdy w życiu w Polsce nie śniły. Zestaw 16 gier w tym wszystkie Battlefieldy. Ale żeby nie było, że pewnie takie "Platinum Edition" jest tylko dla bogaczy, całość można nabyć za jedyne 45UAH (ok. 23zł).

Swoją drogą ciekawa inicjatywa, ludziom kręci się interes, państwo dostaje dole, tylko producentów żal. Zagadałem z panem sprzedającym, że u nas sprzedawanie takich kompletów, a nawet jednej kopi pirackiej jest ścigane prawnie. Sprzedawca wskazał na najwyższą półkę i wskazał trzy leżące tam gry w tym rodzimego Wiedźmina 2 i powiedział, że u nich też można kupić gry z licencją, ale cena niestety była bardzo słona 250UAH. Kiedyś w Warszawie na stadionie kupiłem nielegalnie grę, zobaczyć jak to jest i przez ten sposób odkryłem niezłą, grę, której bym nigdy w życiu nie tknął. Tutaj oglądałem jak młody Ukrainiec grał na komputerze w fajną grę, coś w rodzaju GTA. Zapytałem się go co to za gra, odparł, że Sleeping Dogs. Miałem kupić tu pirata na Ukrainie, ale odparłem, że kupie w dystrybucji cyfrowej u nas w Polsce. Jednak tu kupiłem grę, której po części chciałem zrobić na złość. Dokładnie chodziło mi o Postala. Gra jest słaba, ale nikt nie dystrybuuje jej w Polsce, cena na Steamie jest zawrotna 35$, a z emulów i rapidów nie korzystam już dobre dwa lata, więc nie chcecie mi się bawić w ściąganie i zasypianie komputera. Tu nabyłem paczkę wszystkich Postalów za 40 UAH. Po rozpakowaniu okazało się, że w środku znajduje się jedna płyta dwustronna, zero instrukcji, zero Cd-keyów pirat rodem z Karaibów, spod firmy LA Gemes (nie kojarzy się z EA Games?). Zaczęliśmy się pakować, ostatnie chwile be zrobić odpocząć i zrobić zakupy. Wszedłem zrobić zwiad do kiedy są otwarte jakieś produkty.

Sklep na ul. Kulisza nie miał godzin otwarcia. Wszedłem do środka, wszędzie kolejki, więc grzecznie przeprosiłem stojących w kolejce i ekspedientkę zapytałem – здpaвcтвyйтe. Извините. Когда вы закрываете? – W 9.00czasa. – Cпасибо. До свидания. I odwróciłem się zmierzając w stronę drzwi, ale odezwał się głos jakiejś kobiety stojącej w kolejce- Ty, nie здpaвcтвyйтe, tylko Добрий день, nie  Cпасибо, tylko Дякую nie До свидания  tylko На добраніч, moskaliku ty!- Stanąłem jak wryty w ziemię i odwróciłem się do pani będąc w wielkim zakłopotaniu. Po polsku zacząłem przepraszać, że mówiłem po rosyjsku i że jestem Polakiem – to dlaczego po polsku nie gadasz, tylko po rusku – bo mnie rosyjskiego w szkole uczyli – no to mów po polsku, a nie po moskalsku, Lwów był kiedyś polski i polski jest tu szanowany, pamiętaj, aby następnym razem mówić po polsku, skąd jesteś i co cię sprowadza? – zapytała pani, a ja jej odpowiedziałem na te pytania tłumacząc, że byłem dwa razy na Ukrainie i że koleżanka ze Lwowa zachęciła mnie, by tu przyjechać, opowiedziałem, ze bardzo mi się tu podoba i że jeszcze tu kiedyś wrócę i tu dostałem kolejną reprymendę – jeszcze raz? Ty masz tu zawsze wracać, najlepiej to bierz jakąś Ukrainkę za żonę i zamieszkaj tutaj – no, ale ja już mam narzeczoną i o tym powiedziałem -  a pani kazała mi realizować swoje przeznaczenie i mieć dużo dzieci, bym mógł z nimi tu przyjeżdżać, naszą rozmowę przerwała pani ekspedientka, pokazująca na ogromną kolejkę do kasy, a pani z którą rozmawiałem była w ten czas obsługiwana. Pożegnałem wszystkich w sklepie i wróciłem do przyjaciół.


Gdy wybiła godzina 19.00 i zjawił się właściciel mieszkania, oddaliśmy klucze i pożegnaliśmy się. Wróciliśmy do tego sklepu i zrobiliśmy duuuuże zakupy, że kolejka się za nami zrobiła gigantyczna. Mieliśmy udać się na dworzec tramwajem. Mariola przejmowała się jednym, bo zostało jej za dużo pieniędzy ukraińskich i na siłę chciała je wydać. Wpadła na pomysł, że postawi nam taksówkę, na co przystaliśmy. Na rogu ulicy obok Magnusa, stała stara Łada, a w niej starszy grubszy pan. Zapytaliśmy ile będzie nas będzie kosztować transport. Pan zażyczył sobie 30UAH. Otworzył nam kufer i załadował nasze walizki do bagażnika. Wsiedliśmy i dziadek już zdążył ochrzanić pasażera za to że próbował zapiąć pasy bezpieczeństwa, obawiał się, że obawiamy się iż jest kiepskim kierowcą. Taksówka ruszyła dość niepozornie, co jakiś czas lekko sunęła się do przodu, gdy jednak złapała trochę wolnej drogi, dzidek nie szczędził butów i dawał po garach. Raz ledwo się zmieścił pomiędzy dwoma samochodami, drugi raz o mało nie rozjechał kobiety na pasach, ale na dworzec dojechaliśmy bez problemu sprawnie i szybko.



Zrobiliśmy sobie sesyjkę z Вокзал, gdy był lepiej oświetlony, niż podczas naszego przyjazdu.

Weszliśmy zobaczyć, jak wygląda dworzec od środka i zobaczyliśmy archaiczne szafki w których można było zamknąć bagaż.

Napisane było, że trzeba wrzucić 15 kopiejek, a że przechodził pan nadzorujący te mechaniczne cuda powiedział, że trzeba kupić specjalny żeton, zapytałem się czy kosztuje on 15 kopiejek, on odparł że tak. Gdy poszedłem do kasy, okazało się, że żeton nie kosztował 15 kopiejek, tylko 15UAH. 15kopiejek, to kosztowało za komuny. Ale nabyłem żeton, bo nie chciało nam się targać walizek. Po wrzuceniu monety trzeba było od wewnątrz szafki pokrętłami wprowadzić cztery cyfry lub liczby i zamknąć szafkę. Gdy się zamknęło trzeba było pokrętłami wprowadzić ten kod, by otworzyć szafkę. Byliśmy w strachu, bo gdy przyszliśmy, to szafka nie chciała nam się otworzyć, całe szczęście pomyliłem tylko literę A z rosyjskim D. Udaliśmy się też do sklepu, by wydać resztę pieniążków i gdy szliśmy chodnikiem zobaczyliśmy dziwną plamę pod nogami – Krew – odparłem, a Mariola potwierdziła. No ciekawe, kto tu skończył swój żywot? Zakupiliśmy mnóstwo morszczuków i wróciliśmy do parku, rozmawiając sobie głośno. Blisko nas siadł też inny człowiek z bagażami, gdy zobaczył, że nadjechał zielony autokar, pokazał nam go. Był to Ukrainiec, który jechał do polski, ale to nie był nasz autobus i nie w tym miejscu się zatrzymał. Konsumując morszczuki i popijając piwem wyczekiwaliśmy autobusu, który niebawem nadjechał. Na granicy mieliśmy niespodziankę, zastanawialiśmy się czyj bagaż celnicy wyłowią do kontroli. Okazało się, że wszystkie walizki i torby poszły na ruszt. Kazano zabrać swoje walizki, położyć na ławce i otworzyć. Celnik tylko kijem poszturchał ubrania i przechodził dalej. Pani stojąca obok mnie powiedziała celnikowi – Co? Chciałeś pooglądać moje brudne ręczniki? Wkurzony, popatrzył ma moją walizkę gdzie były zapakowane maksymalne dozwolone normy alkoholu, popatrzył na mnie i zastanowił się trochę, bo coś mu nie pasowało. Brakowało w tym wszystkim papierosów, lecz te miałem gdzieś indziej schowane. Kierowcy byli tak mili, że zatrzymali się Marioli w Rykach, a mi w Garwolinie… Tak się zakończyły wakacje, które miały pozostać tylko w naszych głowach i fotografiach, ale fenomen Ukrainy i wspaniały Lwów zasługują na coś więcej niż tylko miłe wspomnienia.

Relację dedykuję Tatianie, to dzięki naszej przypadkowej znajomości, nabraliśmy chęci, by odwiedzić królewskie miasto. Jeszcze raz Ci dziękujemy za pomoc jaką nam udzieliłaś.

  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 001
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 002
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 003
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 004
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 005
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 006
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 007
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 008
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 009
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 010
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 011
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 012
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 013
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 014
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 015
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 016
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 017
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 018
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 019
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 020
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 021
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 022
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 023
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 024
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 025
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 026
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 027
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 028
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 029
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 030
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 031
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 032
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 033
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 034
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 035
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 036
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 037
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 038
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 039
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 040
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 041
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 042
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 043
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 044
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 045
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 046
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 047
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 048
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 049
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 050
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 051
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 052
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 053
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 054
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 055
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 056
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 057
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 058
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 059
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 060
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 061
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 062
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 063
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 064
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 065
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 066
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 067
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 068
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 069
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 070
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 071
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 072
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 073
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 074
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 075
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 076
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 077
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 078
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 079
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 080
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 081
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 082
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 083
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 084
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 085
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 086
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 087
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 088
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 089
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 090
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 091
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 092
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 093
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 094
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 095
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 096
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 097
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 098
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 099
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 100
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 101
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 102
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 103
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 104
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 105
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 106
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 107
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 108
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 109
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 110
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 111
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 112
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 113
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 114
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 115
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 116
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 117
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 118
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 119
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 120
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 121
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 122
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 123
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 124
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 125
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 126
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 127
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 128
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 129
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 130
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 131
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 132
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 133
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 134
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 135
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 136
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 137
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 138
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 139
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 140
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 141
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 142
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 143
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 144
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 145
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 146
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 147
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 148
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 149
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 150
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 151
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 152
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 153
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 154
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 155
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 156
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 157
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 158
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 159
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 160
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 161
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 162
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 163
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 164
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 165
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 166
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 167
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 168
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 169
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 170
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 171
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 172
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 173
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 174
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 175
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 176
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 177
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 178
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 179
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 180
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 181
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 182
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 183
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 184
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 185
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 186
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 187
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 188
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 189
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 190
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 191
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 192
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 193
  • Jak wybralismy sie do Lwow by pawelet 194
  • bonus mariola 2
  • bonus mariola 3
  • bonus mariola

Komentarze   

0 #1 maus 2014-06-29 14:58
Zajebiscie opisales wszystko, sam sie zbieram zeby wyjechac do lwowa pozdrawiam
Cytować

Dodaj komentarz


Panel boczny

Promowani

 

 

 

EXPLORATION RUINS

 

Facebook


Kontakt: pawelet@wp.pl