Opuszczone budynki, imprezy, gry i wiele innych...
  • Relacja z I wypadu do Czarnobyla
  • Relacja z II wypadu do Czarnobyla.
jtemplate.ru - free Joomla templates

Lwów - Odessa - wrzesień 2013


Miał być spontan, załadować plecaki, złapać stopa i przekroczyć wschodnią granicę naszego kraju w poszukiwaniu przygód. Planów związanych z tym, w jaki sposób zwiedzić Ukrainę było mnóstwo. Choć nie udało się zrealizować 70% zamiarów, nie żałujemy ani jednej chwili wyprawy zrealizowanej w taki właśnie sposób.

 Relacje z innych wypadów na Ukrainę :

Kijów - Czarnobyl - Prypeć I

Kijów - Czarnobyl - Prypeć II

Lwów

Zawsze wybierając się na kilkudniowy urlop starannie wybieram termin podróży, aby  nie kolidował on z moją pracą, w której spędzam przeważnie 7 dni w tygodniu. Jak to bywa we własnym interesie najlepsze jest to, że można go zamknąć kiedy się chce i wyruszyć na czas nieokreślony. Ale w moim przypadku jest inaczej. Gdybym zrobił coś takiego, towar który posiadam najzwyczajniej by się zepsuł narażając mnie na straty. Nie tym razem. Towar miałem wysprzedany do zera (co w dzisiejszych czasach jest rzeczą niemożliwą) i nie musiałem martwić się o interesy. Tak też się składa, że nadszedł w moim życiu czas wielkich wyborów i ożeniłem się. To głównie dlatego miałem pauzę w pracy. Gdy emocje już opadły, a po przeliczeniu pieniążków uzbieranych na weselu do koszyczków na podróż poślubną wyszło 810 zł, wraz z żoną uśmiechnęliśmy się, bo wiedzieliśmy, że za tę kwotę możemy spełnić swoje najskrytsze marzenia i zafundować sobie wymarzoną podróż poślubną. Dodam, że podróż kosztowała nas  w ostateczności 529 zł. A gdzie można za takie pieniądze się udać w dwie osoby? Mając taki fundusz ciężko by było dojechać, zamieszkać i przeżyć nad polskim morzem. To jedziemy nad Morze Czarne.

Ale skoro to nasza podróż poślubna, to czego sobie żałować i nie pojechać do Egiptu, Paryża czy gdziekolwiek indziej? Otóż nie, byłem na Ukrainie wcześniej trzy razy, a raz była ze mną Mariola i zaraziłem ją kulturą Wschodu, którą złapaliśmy na Ukrainie. Bez sprzeczki i kłótni wiedzieliśmy, że tego wyboru nie będziemy żałować.

Po spakowaniu manatków, mieliśmy złapać stopa u nas na wsi, by dojechać do trasy nr 17. Nie byłby to problem, pomimo tego, że mieszkamy daleko od miasta. Zapewne zatrzymałby się jakiś znajomy udający się właśnie w tamtą stronę. Po niedługim czasie udało nam się znaleźć fajną ofertę przejazdu na BlablaCar -  serwisie, który jest łącznikiem w poszukiwaniu wspólnych przejazdów. Szkoda też, że za późno odezwaliśmy się do innego kierowcy, który udawał się bezpośrednio do Lwowa. Musieliśmy się zadowolić Przemyślem. Mankament jednak polegał na tym, że nasz kierowca przybył dwie godziny później niż deklarował na stronie, ale wcześniej o tym nas poinformował, więc nie powinienem mieć do niego o to pretensji. Do trasy nr 17 podrzucił nas ojciec, a potem pełni optymizmu liczyliśmy mnóstwo  samochodów na ukraińskich rejestracjach. Gdybyśmy chcieli, zapewne udałoby się coś złapać, a przy okazji podciągnąć język ukraiński. Na przystanku spędziliśmy około godziny, a w tym czasie zaczęło się wypogadzać po tygodniowej kiepskiej pogodzie. Nasz kierowca nadjechał wraz z innym bardzo gadatliwym pasażerem, który w prawie czterogodzinnej podróży wypowiadał się na tematy: Ukrainy, jego podróży, historii i ogólnie dziwił się nam, że jedziemy za Wschód, a nie wybieramy się w Polskę. Co zrobić, gdy człowieka ciągnie akurat tam? Podczas tej podróży ten niezmiernie miły pan udzielił nam kilka bardzo dobrych wskazówek, do których co prawda nie zastosowaliśmy się podczas tej podróży, ale na pewno następnym razem skorzystamy z nich. Pierwszą rzeczą, jaką nam doradził było to, że za późno się wybieramy. Fakt, ale gdyby samochód był punktualnie zapewne zdążylibyśmy na busa do Medyki i marszrutkę do Lwowa. Padł pomysł, aby przenocować u rodziny w Tarnogrodzie, skąd dostalibyśmy się potem autobusem do Przemyśla. Popatrzyliśmy z Mariolą na siebie, gdy samochód przejeżdżał przez Tarnogród i równocześnie odparliśmy: „jedziemy dalej”, żyjąc nadzieją na jakiegoś nadzwyczajnego busa do Medyki. Od Tarnogrodu w stronę przemyśla miły pan kazał nam przez Internet szukać noclegu w Przemyślu i namawiał nas, abyśmy poznali to urokliwie i historyczne miasto. Podał nam namiary na najtańsze hotele w mieście i dalej rozważał nasze niedojrzałe podejście do wyprawy. Z jego opowieści o jego podróżach dało się wywnioskować, że facet faktycznie dużo świata zwiedził, ale niestety jego standard życia znacząco różnił się od naszego. Nas nie stać by było na hotele, herbaciarnie i wygody które wymieniał. Pewnie jedna z jego wygód kosztowała go drożej niż nasza wyprawa we dwoje, ale nie zamieniłbym się z nim za żadne skarby.


No ale co zrobić, stać mnie na co stać i kocham to, co robię i mam. Wspomnienia z kimania na karimatach na dworcu w Przemyślu nie zamieniłbym nawet na najbardziej luksusowy hotel na świecie. Była już noc, gdy nasz kierowca, który całą trasę przemilczał, wysadził nas pod dworcem. Noc była ciepła i nawet ładny ten dworzec. Problemy jednak zaczęły się napiętrzać, gdy zaczęliśmy pytać ludzi, jak trafić do Medyki. Albo ludzie wytrzeszczali oczy nie wiedząc o co nam chodzi, albo mówili, że już za późno. Chodzenie po dworcu PKP w poszukiwaniu jakiejś tabliczki z informacją rozkładu jazdy też próżno szukaliśmy. Za 50 gr dopiero od lokalnego człowieka dowiedzieliśmy się, skąd ruszają busy do Medyki, ale głowy do tej pory nie dam uciąć, czy aby na pewno gdybyśmy czekali tam rano, dostalibyśmy się gdziekolwiek. Wróciliśmy do dworca PKP, aby zapytać, ile będzie kosztował bezpośredni bilet do Lwowa i otrzymaliśmy informację, że ok. 100 zł. Zapytałem, czy za dwie osoby, ale pani kpiąco odpowiedziała, że za jedną. Taksówkarz za kurs do Medyki chciał 40 zł, ale to mogła być podróż w jedną stronę, bo nie wiedzieliśmy, czy można byłoby wydostać się z granicy do Lwowa o tej porze. Ostatnią deską ratunku miały być namiary hotelów, które dał nam miły współpasażer, po części bojący się o nasz los, ale w hotelach brakowało miejsc. Tak więc zostaliśmy sami w nocnym Przemyślu, pomiędzy ludźmi co chwila pociągającymi z butelki. Wróciliśmy na dworzec kolejowy, gdzie było spokojnie, znaleźliśmy ciemny róg i rozłożyliśmy karimaty myśląc co dalej. Nadal nie wiedzieliśmy, jak trafić do Medyki, przepłacać nie chcieliśmy, a Mariola miała już powoli dość. Gdy Mariola spała, podładowałem swój telefon i w międzyczasie w sieci znalazłem informację o autobusie jadącym do Medyki, ale ruszał on parę minut po godzinie 4.00. Snując myśli o jak najlepszym logistycznym podejściu do wyprawy, wreszcie zdecydowałem, że i mi należy się chwila snu. Rozłożyłem swoją karimatę obok karimaty Marioli, ustawiłem budzik i poszedłem w kimę. Czasami budziły mnie kroki przechodniów, ochroniarza, który robił obchód. Wstałem przed budzikiem i po upływie określonego czasu ze snu wybrudziłem żonę. Miałem dla niej doskonałą wiadomość o rozgryzieniu problemu z tanim dotarciem do Medyki. Marszem udaliśmy nie na przystanek nad Sanem, który był oddalony od dworca dobry kilometr. Później okazało się, że nasz autobus zataczał koło i stawał prawie pod samym dworcem. W mroku nocy wyłoniła się budka, przystanek nad Sanem. W środku niej stało ok. 10 osób, czekających na autobus do granicy. Zapytaliśmy, czy to autobus tam, gdzie chcemy i ile będzie nas kosztował bilet. To był ten autobus, a jego cena wynosiła 2,70. Jednak pani z drugiego końca przystanku krzyknęła nam, że jak mamy zniżki studenckie, to zapłacimy 1,70. Można powiedzieć, że autobus przyjechał o czasie. Kilka godzin czekania, by za naprawdę nieduże pieniądze przejechać taką samą odległość i nie przepłacić. Jak wspomniałem wcześniej, autobus zatrzymywał się kilkadziesiąt metrów od dworca. Nas jednak radowało to, że bezproblemowo dotrzemy do celu. Pojazd zatrzymał się i wszyscy wysiedli. Chwilkę poczekaliśmy, by zobaczyć, w którym kierunku udają się ludzie. Ruszyliśmy za nimi, udając się do pieszego przejścia granicznego. U polskich celników sprawdzono nam paszporty i puszczono dalej. Idąc korytarzem granicznym Mariola powiedziała mi słowa, które w ułamku sekundy zmieniły moje myślenie i zapał naszej wyprawy. Pojawiło się narzekanie na ciężki plecak, na za bardzo ekstremalne warunki i zapadła klamka, że to ostatni raz wybieramy się gdziekolwiek. Niczym grom z jasnego nieba spadły na mnie tony wijących się myśli co zrobić, aby wracając tą samą drogą, Mariola zupełnie zmieniła zdanie i wycofała oficjalnie te słowa.

 

Pocieszę wszystkich, że w drodze powrotnej udało mi się tego dokonać, a w momencie przekraczania granicy PL – UA podnosiłem cały czas żonę na duchu, a w głowie bez przerwy snułem pomysły, jak zoptymalizować, ale jednocześnie uefektywnić naszą podróż. Na odprawie po stronie ukraińskiej wbito nam pieczątki do paszportów, prześwietlono nam plecaki i pieszo udaliśmy się w głąb sąsiedniego kraju. Nie mieliśmy przy sobie grosza lokalnej waluty, więc wymieniliśmy niewielką ilość waluty w kantorze. Nie wiedzieliśmy, skąd udają się marszrutki do Lwowa, więc postanowiliśmy zapytać w sklepiku. Otwieramy drzwi ustępując wyjścia starszej pani, która przed przekroczeniem progu odkłada swoje torby z zakupami na podłogę, żegna się w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Zdumieni tak głębokim życiem duchowym kobiety, przepuszczamy ją przez próg, uprzejmie pozdrawiamy i pytamy, gdzie znajduje się postój marszrutek do Lwowa. Pani wskazuje stronę, w którą mamy się udać a my jej serdecznie dziękujemy. Kupujemy kilka drobiazgów w spożywczym i widzimy jak Marszruka z napisem Lwów ucieka nam w mroku nocy. Ale nadal udajemy się na postój. Tam pytamy  innego kierowcy, kiedy będzie następna do Lwowa, a pan nam odpowiada, że za ok. godziny, jednak jest opcja, by z nim podjechać do Mościsk, a tam Marszrutki chodzą częściej do Lwowa. Z chęcią skorzystaliśmy z tej opcji Pan otworzył nam drzwi do swojego busa prowizorycznie przygotowanego do przewozu osób. Wsiedliśmy widząc kilkoro ludzi trzymających odliczoną kwotę pieniędzy za przejazd w środku. Kierowca wszedł, przyjął od nas należność za podróż, włączył radio i ruszyliśmy do Mościsk. Brzmienie ukraińskiej muzyki z głosików i obserwowanie bujających się zabawek umilało nam krótką podróż stacji, na której się przesiedliśmy. Busik, którym jechaliśmy centralnie zaparkował przy marszrutce do Lwowa. Tak się złożyło, że połowa jadących z nami wcześniej osób również jechała do Lwowa. Siedliśmy na pierwszym miejscu, tuż za kierowcą. Byliśmy jednymi z nielicznych szczęśliwców, którym się udało znaleźć miejsca siedzące, bo za kilka chwil marszrutka była pełna. Zdziwiło nas, że dwie osoby nie zapłaciły za przejazd. Pierwszą była kobieta w ciąży. Mąż, który kupował bilet dla siebie, tłumacząc że chce zapłacić za siebie, bo jego żonie przysługuje  darmowy przejazd, wykonał ruch rękoma imitując brzuszek ciężarnej kobiety. Drugą osobą, która nie płaciła za przejazd był pan w podeszłym wieku okazujący legitymację. Być może był kombatantem, lub na Ukrainie należy się darmowy przejazd z racji wieku. Swoją drogą bardzo mile się tu podchodzi do kobiet w stanie błogosławionym. U nas w Polsce pewnie by kazali jeszcze dopłacać za dodatkowego pasażera. Jadąc do Lwowa Mariola próbowała uciąć sobie drzemkę, ale nie bardzo jej się to udawało.

Objeżdżaliśmy po drodze dużo pobocznych miejscowości, że aż w marszrutce ściśnięci byliśmy jak sardynki w puszce. Podjeżdżając pod każdy kolejny przystanek kierowca głośno krzyczał, aby ludzie ściskali się bardziej, aby wszyscy weszli. Zapanował wreszcie taki ścisk, że młode dziewczyny zapytały  pana kierowcy, czy mogą wejść na skrzynię odgradzającą pasażerów od kierowcy, na którą rzuca się należność za przejazd, na co ten wyraził zgodę. Głupio mi było i sam położyłem swój ciężki plecak na kolana, bo wadził stojącym pasażerom. Nie wspomniałem jeszcze o tym, jak się płaci kierowcy, gdy ktoś wszedł tylnymi drzwiami, a jest tłok. Ten ktoś daje pieniądz z tyłu autobusu i w ten sposób kasa idzie z rąk do rąk do kierowcy. Kierowca przyjmuje należność, wydaje resztę i  w taki sam sposób pieniądze wracają do właściciela. Załadowany żółty busik dojechał wreszcie pod dworzec we Lwowie. Pierwszy raz widzieliśmy dworzec za dnia. Udaliśmy się do bankomatu po więcej pieniędzy i musieliśmy zdecydować, gdzie chcemy się udać. Przygoda z Przemyślem opóźniła nas o jeden dzień. Wycieńczenie podróżą i zła Mariola przyczyniły się do tego, że odpuściłem z góry planowany Krym i zakupiliśmy bilety tylko od Odessy w obie strony. Później żałowałem, że kupiliśmy od razu powrotny, ale jak wyszło, tak wyszło. Pani w okienku poprosiła nas o paszporty i wydrukowała nam bilety. Gdy mieliśmy bilety i kilkanaście godzin do odjazdu należało się odświeżyć i wypocząć. Musieliśmy znaleźć kwaterę. Hotel odpadał. Zapytacie, jak znaleźć kwaterę we Lwowie? Opisywałem w ostatniej podróży do Lwowa, jak to nas w mieście zaczepiła babuszka i zaproponowała mieszkanie.

 

Tak i tu. Nasz wygląd - zmęczeni z plecakami - sprawiał wrażenie jakbyśmy szukali mieszkania. Postanowiłem stanąć w miejscu na środku dworca i czekać aż znajdzie się oferta. Pod niecałej minucie słyszę propozycję z ofertą, ale niekorzystną. Pod dwóch minutach również, niekorzystna. Stwierdzam, że trzeba wyjść przed dworzec. Przed dworcem trochę taniej, ale jeszcze nie tak jak byśmy chcieli, więc mówimy, ile możemy dać. Pan każe nam poczekać, dzwoni i zaprasza do samochodu podając kwotę, którą chce za podwiezienie nas na miejsce. Ładujemy plecaki do bagażnika i jedziemy z nim na ulicę Wiernigori. Pytamy go, co to dokładnie za kwatera, a kierowca informuje nas, że to coś w rodzaju prywatnego hotelu, ale bardziej standardem przypominającego wynajmowane mieszkanie.  Od razu po zadzwonieniu dzwonkiem do drzwi przywitała nas gościnnie właścicielka mieszkania pani Ludmiła, z kapciami dla nas w ręku. Pokazała nam mieszkanie i zapytała nas czy nam odpowiada. Odpowiadało jak najbardziej. Chcieliśmy zapłacić taksówkarzowi, ale nie miał wydać.  Powiedział, że należność za taxi może być też w złotówkach. Zaproponowaliśmy mu zapłatę w euro na co przystał, ale gdy zobaczył ero-kopiejki, nie chciał ubić interesu. Mnie akurat jednoeurówki poniewierały się w portfelu i nie mogę się ich pozbyć do tej pory. Należność za taxi założył za nas pan Ludomir, właściciel mieszkania, a później rozliczyliśmy się z tego razem z zapłatą za mieszkanie. Poczęstowano nas kawą, a my wyjęliśmy z plecaka weselne ciasto i  wspólnie rozmawialiśmy. Wyjęliśmy też z plecaka weselny welon i moją muchę mówiąc, że to nasza podróż poślubna. Nastawiono nam potem ciepłą wodę do mycia i udaliśmy się na kilkugodzinny odpoczynek.


Wstałem wcześniej od Mariolki, by zrobić małe zakupy i wyjść na miasto, żeby zobaczyć, co tu słychać oraz zobaczyć jaka jest pogoda. Mankamentem naszej kwatery było to, że każdorazowo, kiedy chcieliśmy wejść lub wyjść, drzwi główne musiała nam otwierać właścicielka, ale dało radę to przeżyć. Wyszedłem na miasto i udałem się na przechadzkę pod samą operę idąc ulicą Gorodocką.


Trwały na niej gruntowne remonty. Nie wyrobiono się z nimi przed Euro. Główna ulica biegnąca od dworca w stronę opery do centrum miasta była cała rozkopana i chodziło się po prowizorycznych przejściach ocierając się o przechodniów.


Zrobiłem zakupy w spożywczym i okazało się, że na nasze ulubione piwo "Chmilnyje" była akurat bardzo atrakcyjna promocja, więc na zapas kupiłem więcej. Zaszedłem też do kwiaciarni kupić żonie kwiatek, by choć odrobinę odwrócił on uwagę od całego zamieszania i zmęczenia.


Gdy wróciłem do kwatery, żona jeszcze spała, ale gdy wstała z prezentu bardzo się ucieszyła. Po dokładniejszym przebudzeniu postanowiliśmy, że udamy się pozwiedzać razem Lwów.


 


By zaspokoić nasz głód udaliśmy się najpierw do Puzatej Chaty, mijając operę i park znajdujący się naprzeciwko niej.


 


Widok parku z ławkami, na których wszyscy grają w szachy lub domino uścielany ścieżką z kasztanów na tyle zamieszał nam w głowach, że do Lwowa zapragnęliśmy powrócić wiosną.


 


 


W Puzatej jak zawsze tłoczno, smacznie i tanio.


 


Gdy nasyciliśmy swe ciała, postanowiliśmy nasycić swe dusze i chcieliśmy zajść do kościołów, ale jak na złość wszystkie trzy, które minęliśmy były zamknięte lub trwała w nich przerwa techniczna na sprzątanie.


Pospacerowaliśmy więc po rynku i udaliśmy się na bazar z antykami i książkami.


Żałujemy, że tak niewiele czasu poświęciliśmy na spacer alejkami starego miasta we Lwowie.

 

 


 


Wracając, szli naprzeciwko nam dziwnie ubrani ludzie. Wyglądali tak, jakby cofnęli się jakieś pół wieku. Dostrzegliśmy też mundury polskich żołnierzy z II wojny światowej, a kawałek dalej zobaczyliśmy plan filmowy i ulice z polskimi napisami. Więc wszystko jasne. Jestem tylko ciekaw, do jakiego filmu były kręcone zdjęcia.







Wracając zahaczyliśmy o jakiś nieduży barek, którego nazwy nie pamiętam, a w którym zjedliśmy sobie smacznie i tanio galaretkę.


Kocham widok Lwowa, gdy zapada wieczór. Niebo jest tam w kolorze najsmaczniejszych mandarynek. Po niebie suną się powoli chmury, a my wracamy do swej kwatery, by odświeżyć się i przygotować na pociąg.


Dzwonimy do drzwi, prosimy o nastawienie wody na prysznic. Miła pani nastawia nam nie tylko termę na gaz, ale również czajnik na gazie, by zaparzyć nam czaju. Siadamy i rozmawiamy z nią o Krymie, Odessie i polityce, o ile to tak to można nazwać. Po wyjściu z łazienki pakujemy swoje plecaki, a w międzyczasie do drzwi naszego pokoju puka gospodyni, wręczając nam wizytówkę i polecając swoje usługi noclegowe. Ja natomiast wręczam jej swoją wizytówkę z adresem strony. Pani zaciekawiona wypytuję o moją stronę, a ja jej opowiadam, że piszę różne relacje i z tej wyprawy też znajdzie się opis naszego pobytu tutaj. Gospodyni każe jeszcze zrobić zdjęcie przed domem na pamiątkę.


Sama nas żegna i wykonuje nam pamiątkową fotografię. My udajemy się pieszo w kierunku dworca.


Zachodzimy do sklepu, robimy zakupy. Po wyjściu zwracamy uwagę na żebraczkę, której co jakiś czas, ktoś wrzuca jakieś drobne. Dochodzimy do dworca.


Odnajdujemy swój pociąg, a następnie 16-ty wagon.




Zrzucamy toboły i czekamy na otwarcie przedziałów. Przed wejścia wychodzi nap prowadnik, ichniejszy konduktor. Sprawdza nasze bilety i paszporty, mówi, które mamy zająć miejsca i życzy spokojnej podróży. Znajdujemy swoje miejsca i siadamy, mamy miejsca na dole, naprzeciw siebie.


Nad Mariolą swoją leżankę rozłożył Ukrainiec, a nade mną posługujący się arabskim językiem ciemnoskóry obcokrajowiec. Zapach skarpet, to coś, czego nie da się opisać. Jest w każdym miejscu pociągu, ale idzie przywyknąć, szkoda tylko, że nie można uchylić okna.

Swoje plecaki ładujemy do kufrów pod naszymi posłaniami. Podróż do Odessy trwa równiutko 12 godzin. Jesteśmy bardzo zaskoczeni organizacją, komfortem i przede wszystkim ceną kolei ukraińskich.

Docieramy do Odessy, a ona wita nas piękną pogodą. Wychodzimy z pociągu i podobnie jak we Lwowie zaczepiają nas lokalni oferując usługi noclegowe.


Ceny są takie same jak we Lwowie. Myśleliśmy, by wynająć sobie jakieś „żylio”, ale uznaliśmy to za zbyteczne. By sobie trochę ulżyć, decydujemy się, że mój plecak zostawimy w przechowalni bagażu.


Udajemy się do „kamer chranienia” i podchodzimy do lady. Witam portiera ukraińskim powitaniem: „Dobryj dien”, a on odpowiada mi na to rosyjskim „zdrastwujtie”. Przyjmuje mój plecak, inkasuje należność, informuje że, gdyby karimata była w pokrowcu należność za usługę byłaby tańsza. Za wszystko dziękuję ukraińskim „diakuju” a on na to rosyjskim „spasiba”. Przed odejściem pytam, czy w Odessie jest rosyjski, czy ukraiński? A Koleś na to: „Ukraiński… ukraiński… bo my już niedługo będziemy w Europie…. Bo my już niedługo będziemy w Europie… W ŻOPIE a nie w Europie…”.


Mnie zatkało, ale dotarło do mnie, że w Odessie lepiej posługiwać się językiem rosyjskim, niż ukraińskim. Idziemy, przed dworzec i zastanawiamy się, gdzie się udać.


Poszliśmy tam, gdzie nas nogi zaniosły. Nie żałowaliśmy, naszym oczom ukazał się bazar. Prawdziwy, wschodni wielki bazar.


Można było na nim kupić wszystko. Jeśli chodzi o moją branżę owocowo-warzywną, to szczęka opadła mi z wrażenia.



Wszystko świeże, w niegraniczonych ilościach.




Przyszło mi nawet posmakować suchych rybek, zwanych morszczukami, które zazwyczaj kupowałem w paczuszkach, a tu były mięciutkie i , a w dodatku bardzo tanie.



Do Odessy na pewno powrócimy, chociażby po same rybki na ten bazar „Priwoz”.


Ciężko się rozstać z bazarem, ale udajemy się do pobliskiego parku, który jednak nie miał w sobie nic ciekawego.


Kręciło się w nim bardzo dużo psów, tak jak ogólnie w całej Odessie, które uznaliśmy za psie miasto. Wcinając smaczną czekoladę jagodową po drodze, Mariola wskazuje palcem człowieka, który na ulicy handlował arbuzami.


Opowiadałem Marioli nie raz o tego typu widokach na Ukrainie.


Zegar tyka nieubłaganie, a my planujemy udać się wreszcie do najbardziej rozpoznawalnego miejsca w Odessie, czyli Schodów Potiomkinowskich.


Spacerem podążamy w ich kierunku podziwiając widoki typowych uliczek tego miasteczka.




Po drodze mijamy park z pomnikiem kozaka.


Idąc dalej mijamy pomnik Iwana Franki.


Odpoczywając na ławeczkach na nieznanym nam prospekcie pijemy piwko i zwracamy szczególną uwagę na ludzi, którzy bawią się z psami.



One chyba w tym mieście darzone są szczególnym szacunkiem.



Wreszcie dochodzimy do Schodów Potiomkinowskich. I będąc na ich szczycie, ogarniając je wzrokiem… nie wywołują u nas wielkiego wrażenia.



Odpoczywamy, raczymy się piwkiem i schodzimy na dół.


Z dołu wyglądają one naprawdę wspaniale. Prosimy przechodniów, by zrobili nam zdjęcie, lecz grupka trzech młodzieńców boi się dotknąć naszego aparatu. W końcu jeden z nich się przełamuje i bierze aparat w swe ręce. Śmiesznie to wygląda, gdy nieśmiało przykłada swoje oko do wizjera, po czym nieśmiało stwierdza, że się na tym nie zna.


Nawet chciałem mu ułatwić zadanie i włączyłem tryb Live Viev, ale nasz ukraiński fotograf kolega się wykruszył. Z pomocą przyszły nam jednak koleżanki stojące u stóp potiomkinowskich.




Zrobiły nam zdjęcie. Gdy zeszliśmy na dół, trochę zgłodnieliśmy i siadając na murku wyciągnęliśmy kanapkę. Przybłąkał się jednak piesek (a mówiłem wcześniej, że Odessa to psie miasto!) i Mariolka poczęstowała sabakę kawałkiem kanapki.


Chcemy udać się bliżej morza, więc postanowiliśmy, że pójdziemy do portu morskiego. Przechodzimy przez podziemne przejście pod ulicą i do naszych uszu dobiega uliczna muzyka, idziemy do portu.




Będąc już po drugiej stronie ulicy, mamy najwspanialszy widok na schodki. Dwóch chłopaków robiących zdjęcia niedaleko nas rozmawia w ojczystym języku. Zagadujemy i okazuje się, że nowo poznani koledzy są wrocławskimi studentami, odwiedzającymi Ukrainę po raz pierwszy, robią sobie objazdową wycieczkę mając skromny budżet. Koledzy robią nam wspaniałe zdjęcia, które zaraz po powrocie oprawiamy w ramkę i ustawiamy na regale.



Udajemy się do portu, a tam jest wystawa akcesoriów dziecięcych. Nawet jedno ze stanowisk pokazuje jak wychowywać maleńkich bolszewików.


Idziemy do rampy, ale widok morza nam nie wystarcza. Pragniemy je poczuć.




Wychodzimy przed dworzec i próbujemy zagadać do taksówkarza, by zawiózł nas na plażę. Jednak rozmowa się nie klei, pan coś kombinuje, a gdy się całkowicie rozmyślamy i dziękujemy, ma do nas pretensje, że mu głowę zawracamy. Wracamy do stóp schodów potiomkinowskich i na ich szczyt wjeżdżamy czymś w rodzaju kolejki górskiej. Po czym idziemy Primorskim bulwarem pod Muzeum Archeologiczne.




Z nim robimy sobie przerwę i odpoczywamy na ławeczce. Po odpoczynku udajemy się do sklepiku z pamiątkami i zakupujemy pocztówki z Odessy, by wysłać najbliższym.




Pani sprzedawczyni oferuje nam też od razu znaczki pocztowe. Korzystamy z oferty i idziemy ku morzu, spacerując uliczkami Odessy. Naszą drogę przebiegł kot z błękitnymi oczami.


Potem widzieliśmy psa, tarzającego się w kupie. Zwróciliśmy uwagę na warzywny bazarek, taki jak ja posiadam.




Niestety ruch nieduży, ale towary różnorodne. Gdy dochodzimy do kolejnego parku Szewczenki z jego pomnikiem, robimy kolejną przerwę na skonsumowanie kanapek.



Tu wypełniamy pocztówki i karmimy gołębie. Wróble, które nas się nie boją, podlatują i sprytnie zabierają okruszki gołąbkom.



Gdy pokazałem film ze sprytnymi wróblami swemu ojcu, powiedział, że takie ptaszki były u nas kilkadziesiąt lat temu, ale gdzieś bezpowrotnie zniknęły. Dociekając głębiej temat ojciec opowiadał, że to ptactwo lubiło chować się w strzechach, ale strzech u nas coraz mniej, więc ptaszki być może opuściły nasz rejon.




Przemierzyliśmy park i znaleźliśmy miejsce z pomnikiem w kształcie iglicy, który nie był opisany w naszym przewodniku. Młodzi marynarze pełnili wartę przy pomniku.



Za iglicą rozpościerał się wspaniały widok na Morze Czarne. Robiąc sobie zdjęcia dostrzegliśmy młodzieńców chodzących po dachach budynków. Zacierałem ręce bo dostrzegłem opuszczone, ale najpierw plaża. Udało się wreszcie do niej dotrzeć, po drodze kupiliśmy sobie jednak loda. Drobne rzeczy zamknęliśmy sobie w mini „kamerze chranienia’’. Sami rozebraliśmy się, rozłożyliśmy karimatę i pędem do morza… które było bardzo zimne. Całe szczęście, że pogoda nam dopisała na taki czas, że można spokojnie było uciąć sobie drzemkę. Z tego wszystkiego, ze szczęścia, że mogliśmy wreszcie wypocząć nad prawdziwym morzem, zapomnieliśmy posmakować, czy woda jest słona.


Błoga chwila nie trwała długo i za ciężkimi chmurami słońce się schowało. Nie zraziło to nas, jedynie dwadzieścia minut wystarczyło, by w pełni odpocząć i zregenerować siły. Gdy zerwał się wiatr ubraliśmy się i postanowiliśmy zbierać się na dworzec. Na plaży jednak zakupiliśmy sobie litrowe piwko. O dziwo ceny piwa na plaży nie są tak wygórowane jak nad Bałtykiem. Wracając nakłoniłem Mariolę, by udała się ze mną do opuszczonego miejsca, które wypatrzyliśmy, zgodziła się. Wejście do Urbexu było bardzo trudne.



W najbardziej możliwym miejscu do przedostania naszliśmy na grupę trzech gierojów, którzy opuszczali budynek. Wypytałem ich o atrakcyjność i środki ostrożności podczas zwiedzania. Koledzy powiedzieli, że obiekt jest średni, nie ma ochrony, ani psów. Z wejścia zrezygnowałem, przerosło mnie ono, za bardzo niebezpieczne. Choć mieliśmy jeszcze dużo czasu zdecydowaliśmy, że opuścimy już Odessę. Ruszyliśmy w kierunku schodów podziwiając uliczki Odessy.


Tego widoku nie da się opisać, to trzeba zobaczyć na własne oczy. ó


Spod schodków  marszrutką dojechaliśmy pod dworzec kolejowy. Na słupie ogłoszeniowym zobaczyliśmy plakat z informacją o koncercie „Scorpionsów”.



W podziemiach nieopodal dworca Mariola kupiła sobie pamiątkową ramkę z Odessy. Przed dworcem wrzuciliśmy kartki pocztowe do skrzynki… Kartki z Odessy nie dotarły do żadnej z czterech osób.


Odebraliśmy bagaż i czekaliśmy na pociąg. Została nam jedna godzina do pociągu. Musieliśmy przygotować się na 12-to godzinną podróż. Poszedłem jeszcze na „Priwoz” zakupić chlebek. Przy stoisku z pieczywem wybierając chleb zapłaciłem za niego, a ktoś z boku jadąc załadowanym wózkiem krzyknął z drogi, a ja natychmiast uciekłem z dotychczasowego miejsca z chlebkiem, a za mną jak z procy wyskoczyła sklepowa (za chleb zapłaciłem). Na chlebie został jednak szpikulec z ceną. Ta sytuacja rozśmieszyła nas wszystkich. Na „Priwozie” zakupiłem też szklany dzbanek i komplet szklanek, ot taka pamiątka, niezwiązana z Odessą zawsze będzie mi o niej przypominała. Wróciłem do Mariolki, która czekała na stacji. Pociąg podjechał i tak jak we Lwowie, sprawdzono nam bilety i paszporty.


W pociągu rozłożyliśmy swoje kuszetki i oblekliśmy je w pościel i położyliśmy się spać. Rankiem obudził nas prowadnik informując, że nasz pociąg za godzinę doturla się do Lwowa.

We Lwowie Zrobiliśmy ostatnie zakupy dokładnie tam, gdzie rok temu. Okazało się za sklepami z alkoholem jest bazar, który właśnie się rozkładał. Na bazarze zakupiliśmy cukierki i wróciliśmy przed dworzec we Lwowie. Udaliśmy się do miejsca, gdzie stoją marszrutki. Znaleźliśmy tą z tabliczką Szegini i weszliśmy do niej. Okazało się że miejsc siedzących już nie było, ale za to mieliśmy kompanów, którzy byli razem z nami w Odessie i wracali tym samym pociągiem. Kalina, Michał i jego mama z Krakowa udali się na Ukrainę po raz pierwszy w życiu. Do wyprawy namówił ich znajomy Ukrainiec. I jak widać nie żałowali. Potem wspólnie dotarliśmy do Szegini i przekroczyliśmy razem przejście graniczne, a także dostaliśmy się do Przemyśla. Po przejściu przez granicę naszym oczom ukazał się widok Ukraińców, którzy przenosili przez nią litr wódki i dwie paczki papierosów, by w taki sposób sobie zarobić. Gdy podjechał bus do Przemyśla nie zdążyliśmy się wepchać do niego. Musieliśmy czekać na PKS. Tam było już luźniej, bo nawet mieliśmy miejsca siedzące. We Lwowie zastanawialiśmy się, czy nie zostać dłużej we Lwowie, ale uznałem, że rozsądniej będzie jeśli wcześniej udamy się do Przemyśla to dotrzemy wcześniej do domu. W Przemyślu szczęka nam opadła, gdy spojrzeliśmy na plan odjazdów PKS do stolicy. Jeden jedyny autobus odjeżdżający do stolicy odjeżdżał coś ok. 10 w nocy (W domu bylibyśmy ok. 5.00 rano dnia następnego). Wkurzeni myśleliśmy, czy nie korzystając z okazji nie pojechać do Krakowa, ale zauważyliśmy, że dwie godziny mieliśmy busa do Lublina. W Lublinie tłoczno i autobusów więcej niż  w Przemyślu, na przesiadkę czekaliśmy ok. 15 minut. W domu byliśmy jeszcze przed zmrokiem. Ok. godziny 20.00 rozdzielając alkohol przywieziony zza wschodniej granicy opowiadaliśmy przygody rodzinie i mówiliśmy, że gdybyśmy zdecydowali jechać się PKS-em bezpośrednio do stolicy za dwie godziny dopiero wyjeżdżalibyśmy z Przemyśla. A tak często widuje się u nas w okolicy busy i autobusy z tabliczką Warszawa-Przemyśl i na odwrót. Podsumowując do Mazowszaków przejście piesze w Medyce i sposób dotarcia do Przemyśla to katorga. Z Ukrainy przywieźliśmy wiele wspomnień i nowych doświadczeń. Przechodząc granicę w powrocie, Mariola chwyciła mnie mocno z rękę i powiedziała: „Pawciu, nie wiem kiedy następnym razem, ale musimy wybrać się tu znów…”

  • Lwow Odessa by pawelet 001
  • Lwow Odessa by pawelet 002
  • Lwow Odessa by pawelet 003
  • Lwow Odessa by pawelet 004
  • Lwow Odessa by pawelet 005
  • Lwow Odessa by pawelet 006
  • Lwow Odessa by pawelet 007
  • Lwow Odessa by pawelet 008
  • Lwow Odessa by pawelet 009
  • Lwow Odessa by pawelet 010
  • Lwow Odessa by pawelet 011
  • Lwow Odessa by pawelet 012
  • Lwow Odessa by pawelet 013
  • Lwow Odessa by pawelet 014
  • Lwow Odessa by pawelet 015
  • Lwow Odessa by pawelet 016
  • Lwow Odessa by pawelet 017
  • Lwow Odessa by pawelet 018
  • Lwow Odessa by pawelet 019
  • Lwow Odessa by pawelet 020
  • Lwow Odessa by pawelet 021
  • Lwow Odessa by pawelet 022
  • Lwow Odessa by pawelet 023
  • Lwow Odessa by pawelet 024
  • Lwow Odessa by pawelet 025
  • Lwow Odessa by pawelet 026
  • Lwow Odessa by pawelet 027
  • Lwow Odessa by pawelet 028
  • Lwow Odessa by pawelet 029
  • Lwow Odessa by pawelet 030
  • Lwow Odessa by pawelet 031
  • Lwow Odessa by pawelet 032
  • Lwow Odessa by pawelet 033
  • Lwow Odessa by pawelet 034
  • Lwow Odessa by pawelet 035
  • Lwow Odessa by pawelet 036
  • Lwow Odessa by pawelet 037
  • Lwow Odessa by pawelet 038
  • Lwow Odessa by pawelet 039
  • Lwow Odessa by pawelet 040
  • Lwow Odessa by pawelet 041
  • Lwow Odessa by pawelet 042
  • Lwow Odessa by pawelet 043
  • Lwow Odessa by pawelet 044
  • Lwow Odessa by pawelet 045
  • Lwow Odessa by pawelet 046
  • Lwow Odessa by pawelet 047
  • Lwow Odessa by pawelet 048
  • Lwow Odessa by pawelet 049
  • Lwow Odessa by pawelet 050
  • Lwow Odessa by pawelet 051
  • Lwow Odessa by pawelet 052
  • Lwow Odessa by pawelet 053
  • Lwow Odessa by pawelet 054
  • Lwow Odessa by pawelet 055
  • Lwow Odessa by pawelet 056
  • Lwow Odessa by pawelet 057
  • Lwow Odessa by pawelet 058
  • Lwow Odessa by pawelet 059
  • Lwow Odessa by pawelet 060
  • Lwow Odessa by pawelet 061
  • Lwow Odessa by pawelet 062
  • Lwow Odessa by pawelet 063
  • Lwow Odessa by pawelet 064
  • Lwow Odessa by pawelet 065
  • Lwow Odessa by pawelet 066
  • Lwow Odessa by pawelet 067
  • Lwow Odessa by pawelet 068
  • Lwow Odessa by pawelet 069
  • Lwow Odessa by pawelet 070
  • Lwow Odessa by pawelet 071
  • Lwow Odessa by pawelet 072
  • Lwow Odessa by pawelet 073
  • Lwow Odessa by pawelet 074
  • Lwow Odessa by pawelet 075
  • Lwow Odessa by pawelet 076
  • Lwow Odessa by pawelet 077
  • Lwow Odessa by pawelet 078
  • Lwow Odessa by pawelet 079
  • Lwow Odessa by pawelet 080
  • Lwow Odessa by pawelet 081
  • Lwow Odessa by pawelet 082
  • Lwow Odessa by pawelet 083
  • Lwow Odessa by pawelet 084
  • Lwow Odessa by pawelet 085
  • Lwow Odessa by pawelet 086
  • Lwow Odessa by pawelet 087
  • Lwow Odessa by pawelet 088
  • Lwow Odessa by pawelet 089
  • Lwow Odessa by pawelet 090
  • Lwow Odessa by pawelet 091
  • Lwow Odessa by pawelet 092
  • Lwow Odessa by pawelet 093
  • Lwow Odessa by pawelet 094
  • Lwow Odessa by pawelet 095
  • Lwow Odessa by pawelet 096
  • Lwow Odessa by pawelet 097
  • Lwow Odessa by pawelet 098
  • Lwow Odessa by pawelet 099
  • Lwow Odessa by pawelet 100
  • Lwow Odessa by pawelet 101
  • Lwow Odessa by pawelet 102
  • Lwow Odessa by pawelet 103
  • Lwow Odessa by pawelet 104
  • Lwow Odessa by pawelet 105
  • Lwow Odessa by pawelet 106
  • Lwow Odessa by pawelet 107
  • Lwow Odessa by pawelet 108
  • Lwow Odessa by pawelet 109
  • Lwow Odessa by pawelet 110
  • Lwow Odessa by pawelet 111
  • Lwow Odessa by pawelet 112
  • Lwow Odessa by pawelet 113
  • Lwow Odessa by pawelet 114
  • Lwow Odessa by pawelet 115
  • Lwow Odessa by pawelet 116
  • Lwow Odessa by pawelet 117
  • Lwow Odessa by pawelet 118
  • Lwow Odessa by pawelet 119

 

Komentarze   

0 #1 wit 2014-07-04 17:38
>Nawet jedno ze stanowisk pokazuje jak wychowywać maleńkich bolszewików.
Oj pomyłka:
Czarodziej (ros. Волшебник)
Cytować

Dodaj komentarz


Panel boczny

Promowani

 

 

 

EXPLORATION RUINS

 

Facebook


Kontakt: pawelet@wp.pl